Do Budapesztu nie dotarłyśmy samolotem ani też autobusem, tylko pociągiem – i to nie do końca z własnej woli. Wyjazd był częścią projektu związanego z ekologią, więc wybór środka transportu musiał być możliwie przyjazny środowisku. Padło więc na pociąg, który okazał się naszą najdłuższą jak dotąd podróżą tym środkiem lokomocji – aż 10,5 godziny w trasie.
Jechałyśmy w węgierskim wagonie, starym, aczkolwiek zmodernizowanym, który sam w sobie tworzył mimochodem klimat wyprawy1. Po drodze trafiła się też mała „atrakcja” – w Bohumínie odczepiano część składu. Nikt wcześniej nie uznał za stosowne poinformować pasażerów, więc w teorii ktoś, kto akurat siedziałby w Warsie, mógłby docelowo znaleźć się w zupełnie innym miejscu niż Budapeszt (w tym wypadku w Pradze). My na szczęście podczas tych manewrów siedziałyśmy na naszych miejscach, więc ominęło nas wspomniane ryzyko, ale sam fakt, że takie zamieszanie było możliwe, dodał podróży odrobiny emocji.
Trasa prowadziła przez Czechy i Słowację, więc za oknem przewijały się góry, doliny i miasteczka, które trochę urozmaicały czas. Dzięki temu podróż nie była monotonna, a raczej sama w sobie stała się częścią przygody i dobrym wstępem do całego wyjazdu.

Plac Bohaterów i Városliget
Hotel miałyśmy dosłownie parę kroków od Placu Bohaterów, więc to było pierwsze miejsce, które zrobiło na nas wrażenie. Ogromna otwarta przestrzeń, rzędy posągów przedstawiających najważniejsze postacie z historii Węgier i monumentalna kolumna na środku sprawiały, że człowiek czuł się tam jak w muzeum pod gołym niebem. Całość bardzo przypominała nam Plac pod Bramą Brandenburską w Berlinie – ta sama monumentalność i ten sam efekt otwartej, reprezentacyjnej przestrzeni.

Zaraz za placem rozciąga się wielki park Városliget, który szybko polubiłyśmy. To ogromna przestrzeń, w której można spędzić godziny na spacerach. Jednym z jego największych zaskoczeń był Zamek Vajdahunyad. Trudno uwierzyć, że powstał dopiero pod koniec XIX wieku, bo wygląda jak autentyczna średniowieczna twierdza. W internecie widziałyśmy zdjęcia, gdzie zamek odbija się malowniczo w wodzie, ale akurat podczas naszego pobytu fosa była pusta. Wypełniono ją ponownie dopiero po naszym wyjeździe – pech, bo otoczony wodą zamek pewnie wyglądałby jeszcze ładniej.

Nieopodal znajdują się też słynne termy Széchenyiego. No i atrakcja, która mocno nas kusiła – lot balonem nad parkiem. Balon rzeczywiście wznosił się nad Városliget i musiało to dawać świetny widok na całą okolicę, ale kiedy zobaczyłyśmy cenę, stwierdziłyśmy zgodnie, że jednak wolimy za te pieniądze kupić parę pamiątek i z balonu zrezygnowałyśmy.


To, co najbardziej nas ujęło w parku, to jednak nie zabytki ani atrakcje, ale codzienna atmosfera. Było tam pełno spacerowiczów, rowerzystów i rodzin, ale przede wszystkim mnóstwo psów – wszędzie! Od małych szczeniaków po duże owczarki, wszystkie wydawały się szczęśliwe i wybiegane. Dzięki temu park nie był tylko kolejnym punktem turystycznym, ale miejscem, w którym czuło się prawdziwe życie miasta.
Wzgórze Gellerta
Na Wzgórze Gellerta wybrałyśmy się aż (lub tylko) dwa razy – i za każdym razem już praktycznie po ciemku. Trochę musiało tak to wyglądać, bo w dzień zawsze coś innego było w planach, ale ostatecznie nie żałowałyśmy. Zresztą był to kluczowy punkt do odhaczenia podczas tej wycieczki. To miejsce nocą ma swój niepowtarzalny klimat. Droga prowadziła nas w górę wśród zieleni i co chwilę zza drzew wyłaniał się widok na rozświetlone miasto. Z każdym krokiem panorama robiła się coraz szersza i piękniejsza.
Kiedy w końcu dotarłyśmy na górę, przed nami rozciągał się jeden z najbardziej znanych widoków w całym Budapeszcie – miasto migoczące tysiącem świateł oraz Dunaj wyglądający jak ciemne lustro, w którym odbijały się wszystkie mosty. Stojąc tam, trudno było zdecydować, czy bardziej podziwiać same budynki, czy właśnie te charakterystyczne łuki mostów, które w nocnym świetle i z tej wysokości wyglądały jak wstążki zrobione z lamp.

Miałyśmy jednak małego pecha (drugi już raz podczas tego wyjazdu) – przestrzeń na samym szczycie wzgórza z monumentalną rzeźbą Wolności była w remoncie. Nie dało się podejść pod samą figurę, a teren był ogrodzony. Trochę szkoda, bo to jeden z symboli Budapesztu, ale i tak cała panorama miasta wynagrodziła nam tę niedogodność.
Wieczorne wejścia na Wzgórze Gellerta były chyba najbardziej magicznym doświadczeniem z całego wyjazdu. Budapeszt z góry, w blasku świateł, wyglądał jak zupełnie inne miasto niż to, które oglądałyśmy w dzień. Ten widok zostaje w pamięci na długo2!
Punkosdfürdői Park
Jednym z miejsc, do których dotarłyśmy, był Punkosdfürdői Park. To ogromny teren zielony położony bardziej na obrzeżach miasta, daleko od turystycznego centrum. Nie trafiłybyśmy tam same z siebie, bo w przewodnikach próżno szukać o nim wzmianki – wybrałyśmy się tam w ramach agendy warsztatów, na które przyjechałyśmy.
Park powstał jako przestrzeń rekreacyjna dla mieszkańców – nie po to, żeby zachwycać turystów zabytkami czy monumentalnymi pomnikami, ale żeby dawać wytchnienie i miejsce do spędzania wolnego czasu. I dokładnie tak wygląda w praktyce. Szerokie alejki, dużo zieleni, placów zabaw i miejsc do aktywności – to miejsce zaprojektowane z myślą o codziennym życiu3.
Spacerując po nim, miałyśmy wrażenie, że poznajemy bardziej „zwyczajny” Budapeszt. Nie ten z pocztówek i przewodników, ale miasto widziane oczami jego zwyczajnych mieszkańców. Było spokojniej, ciszej i naturalniej niż w samym centrum, a to sprawiło, że ten park zapisał się w pamięci jako kontrast do reszty zwiedzania.




Stare Miasto i Parlament
Podczas naszego pobytu nie mogło zabraknąć spaceru po Starym Mieście. To zupełnie inny Budapeszt niż ten nowoczesny, pełen ruchu i gwaru. Wąskie brukowane uliczki, kamienice o kolorowych fasadach i małe podwórka ukryte za bramami tworzyły atmosferę trochę bajkową, a trochę nostalgiczną. Miałyśmy wrażenie, że czas płynie tam wolniej, a każdy zakręt prowadzi do kolejnej małej niespodzianki – kawiarenki, galerii albo widoku na Dunaj. To miejsce, w którym można chodzić bez mapy i po prostu dać się prowadzić miastu.


Zupełnie inny charakter ma Parlament, który zobaczyłyśmy nieco później. To wizytówka miasta – monumentalny budynek, który od razu przyciąga uwagę swoją skalą i bogactwem detali. Gotycka architektura, setki rzeźb i strzeliste wieżyczki robią ogromne wrażenie, szczególnie w połączeniu z jego położeniem tuż nad Dunajem. Na zdjęciach wygląda efektownie, ale dopiero na żywo czuć, jak wielka i misternie zaprojektowana jest ta budowla. Wieczorem, kiedy cały gmach był podświetlony, wyglądał jeszcze bardziej imponująco – jakby miasto chciało się pochwalić swoim największym skarbem.


Baszta Rybacka i katedra
Po wizycie pod Parlamentem pojechałyśmy tramwajem na drugą stronę Dunaju, w stronę Baszty Rybackiej. To był kolejny punkt, który widziałyśmy na zdjęciach w artykułach promujących miasto, a który na żywo okazał się jeszcze piękniejszy.
Baszta Rybacka, choć wygląda jak średniowieczna warownia, wcale nią nie jest. Powstała dopiero na przełomie XIX i XX wieku jako element upiększenia miasta – w praktyce pełniła więc od początku funkcję punktu widokowego, a nie obronną. Sama nazwa „rybacka” pochodzi od gildii rybaków, którzy w średniowieczu mieli za zadanie bronić właśnie tego odcinka murów miejskich. Jest to jedno z najbardziej obleganych miejsc w całym Budapeszcie i faktycznie trudno tam znaleźć moment bez tłumu turystów, ale nawet to nie odbiera uroku. Z tarasów rozciągał się jeden z najpiękniejszych widoków na miasto. To miejsce, w którym można długo stać i się przyglądać, bo za każdym razem dostrzega się coś nowego.


Tuż obok wznosi się katedra św. Macieja – miejsce szczególnie ważne dla Węgrów. To właśnie w tej świątyni odbywały się koronacje królów, w tym Franciszka Józefa i później Karola IV – ostatniego cesarza Austrii i króla Węgier. Świątynia łączy więc w sobie nie tylko piękno architektury, ale też wycinek ważnej historii całego regionu.

Spacer po tej części miasta dał nam kolejną perspektywę na Budapeszt – nie jest on tylko monumentalny (jak np. przy Parlamencie), ale też pełen miejsc-symboli, które mówią sporo o historii Węgier.
Most Łańcuchowy
Kolejnym miejscem, do którego dotarłyśmy, gdy już zrobiło się ciemno, był Most Łańcuchowy (Széchenyi Lánchíd). To jeden z symboli Budapesztu i pierwszy stały most, który połączył Budę i Peszt. Oddano go do użytku w 1849 roku, a jego powstanie uważa się za moment przełomowy w historii miasta, gdyż to właśnie wtedy zaczęło ono funkcjonować jako całość.
Sam most ma też swoją ciekawostkę: stojące przy nim słynne kamienne lwy nie mają języków. Mimo tego, że rzeźbiarz Henryk Adamkiewicz (tak, był Polakiem!) zapewniał, że to zamierzony zabieg i że widać je tylko z odpowiedniej perspektywy, przez lata krążyła legenda, że popełnił taką „wpadkę” i ze wstydu rzucił się do Dunaju.
Dla nas Most Łańcuchowy zapisał się w pamięci głównie przez jedną zabawną scenę. Kiedy próbowałyśmy zrobić sobie spokojne grupowe zdjęcie, nagle do kadru wszedł nam pewien starszy mężczyzna i zrobił nam efektowny photobombing4. Okazało się, że to weteran US Army, który spacerował po moście razem z żoną. Zamiast po tej akcji po prostu się wycofać, uśmiechnął się szeroko, zagadał do nas i podzielił się pokrótce swoją historią. Tak więc zamiast zwyczajnej pamiątki wyszło jedno z najzabawniejszych zdjęć całego wyjazdu – zupełnie spontaniczne i nie do powtórzenia.

Zamek Buda
Na koniec nocnego spaceru trafiłyśmy na Wzgórze Zamkowe, gdzie znajduje się słynny Zamek Buda (Budai Vár). To miejsce, które od wieków jest obok Parlamentu symbolem miasta – pierwsze umocnienia powstały tu już w XIII wieku, a później kompleks był wielokrotnie przebudowywany, dlatego widać w nim mieszankę stylów: gotyk, renesans i barok.

Największe wrażenie zrobił na nas jednak nie sam gmach, ale (co już chyba nie dziwi) widok, który się spod niego rozciąga. Panorama Pesztu, Parlamentu i mostów nad Dunajem była jak pocztówka, tylko o wiele bardziej żywa i monumentalna. Szczególnie wieczorem, kiedy miasto rozświetlały tysiące lamp, wyglądało to naprawdę wyjątkowo.
Ciekawostką jest, że dziś w zamku mieszczą się ważne instytucje kulturalne: m.in. Węgierska Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.
Spacer po Wzgórzu Zamkowym był idealnym zwieńczeniem naszej wizyty – spokojniejszym, ale pozwalającym spojrzeć na całe miasto z góry i podsumować wszystko, co udało się nam zobaczyć.

Kolory Budapesztu – transport publiczny
Budapeszt wyróżnia się także swoim transportem publicznym, bo tutaj wszystko ma przypisany kolor. Żółte tramwaje sunące przez miasto to znak rozpoznawczy stolicy Węgier. Czerwone trolejbusy i niebieskie autobusy uzupełniają sieć, a zielone pociągi podmiejskie dowożą mieszkańców z dalszych dzielnic. Dzięki temu system jest bardzo intuicyjny, więc nawet bez znajomości języka5 łatwo skojarzyć, który środek transportu wybrać.




Do tego dochodzi metro – i to z ciekawą historią. Najstarsza linia M1, uruchomiona w 1896 roku, to pierwsze metro na kontynencie europejskim. Ma niski strop, zdobione kafelki i charakterystyczne wagoniki, przez co przejazd nią przypomina bardziej podróż w czasie niż zwykły środek komunikacji. Pozostałe linie są już nowocześniejsze, ale to właśnie „żółta linia” nadaje całemu systemowi wyjątkowego klimatu.
Podsumowanie
Choć w Budapeszcie spędziłyśmy pięć dni, to realnie na zwiedzanie zostały nam tylko trzy popołudnia i wieczory – resztę pochłonęła podróż w jedną i drugą stronę oraz agenda warsztatów.
I chociaż głównym celem był wyjazd służbowy, udało się nam przy okazji zobaczyć kawałek miasta. Budapeszt szybko nas wciągnął – wieczorne spacery, punkty widokowe i klimatyczne zakątki sprawiły, że te kilka dni minęło zdecydowanie za szybko. Wiele rzeczy musiałyśmy oglądać w biegu, a część atrakcji (jak choćby zoo) zostawić na „następny raz”.
Ale w sumie to dobrze – mamy teraz wymówkę, żeby wrócić. I wrócić chcemy, bo Budapeszt zdecydowanie zasługuje na poświęcenie mu więcej czasu.

- Modernizacja owszem, była widoczna gdy się wsiadało, ale wystarczyło wejść do toalety, żeby uwierzyć, że to raczej „edycja retro”. ↩︎
- Może też dlatego, że siedziałyśmy tam zajadając lokalne ciasteczka – trudno zapomnieć połączenie takiego widoku ze smakiem czegoś pysznego. ↩︎
- Trochę jak bulwary w Krakowie czy w Warszawie – tylko, że w wersji bardziej rozległej i spokojniejszej. ↩︎
- Słówko wyciągnięte prosto z notatek z angielskiego na studiach – wreszcie pojawiła się świetna okazja, żeby go użyć! ↩︎
- Co akurat w Budapeszcie jest sporą ulgą, bo węgierski potrafi brzmieć jak z kompletnie innej galaktyki. ↩︎

Dodaj komentarz