Zacznijmy od samego początku. Lotnisko, odprawa celna, self-check-in. Brzmi niewinnie, prawda? Otóż nie. Cypr, mimo że w Unii Europejskiej, nie należy do strefy Schengen, więc trzeba przejść pełną kontrolę graniczną. Na lotnisku w Larnace (bo Nikozja nie ma już własnego lotniska – ruiny dawnego portu lotniczego straszą na mapie i w krajobrazie) stanęłyśmy więc przed maszyną do automatycznej odprawy. Urządzenie zrobiło nam zdjęcia, które wyglądały jak wyjęte z archiwum policyjnego. Serio – efekt końcowy to coś pomiędzy listem gończym a kartoteką Interpolu. Dla dobra ludzkości nie będziemy ich tu publikować. Uwierzcie na słowo – to pamiątki, które lepiej zostawić w folderze „ukryte”.

Do samej Nikozji trzeba dojechać – najpierw z Larnaki, bo to główne lotnisko na południu, a potem już tylko taxi, bo nie istnieje bezpośrednie połączenie autobusowe do centrum stolicy. To trochę jak podróż w czasie – stolica bez lotniska i komunikacji miejskiej łączącej ją ze światem!

Podzielona stolica

Nikozja nazywana jest często ostatnią podzieloną stolicą Europy, a bywa też określana mianem „cmentarzyska dyplomatów” – bo przez dekady żadne rozmowy pokojowe nie przyniosły trwałego rozwiązania. Historia tego podziału jest bolesna i wciąż widoczna w przestrzeni miejskiej. Miasto dzielą między siebie trzy podmioty: Republika Cypryjska (członek Unii Europejskiej), Turecka Republika Cypru Północnego (uznawana wyłącznie przez Turcję) oraz Organizacja Narodów Zjednoczonych, która kontroluje tzw. Zieloną Linię – strefę buforową oddzielającą obie części. Spacerując po Nikozji, można wprost poczuć, że to jedno miasto, ale z trzema obliczami: różną ceną za filiżankę kawy, innym językiem na szyldach i świątyniami, na których szczycie widać albo krzyż, albo półksiężyc.

Pierwsze wrażenie: koniec świata i królestwo kotów

Wyjazd był służbowy i trwał pięć dni – czasu na pełne poznanie miasta brakowało, dlatego postanowiłyśmy wykorzystać każdą wolną chwilę i eksplorować Nikozję bez sztywnego planu, bardziej na zasadzie „gdzie nogi poniosą”. Już pierwszego dnia, praktycznie od razu po zameldowaniu w hotelu, ruszyłyśmy na miasto. A tam… nic. Puste ulice. Zero ludzi. Jakby wszyscy nagle opuścili Nikozję i schowali się w bunkrach. Jedynymi oznakami życia były samochody, które pędziły jakby ich kierowcy uciekali przed zombie apokalipsą. Spacer po centrum bardziej przypominał scenografię z filmu katastroficznego niż europejską stolicę.

Na szczęście mieszkańców jednak znalazłyśmy – czteronożnych. Nikozja to prawdziwe miasto kotów. Są absolutnie wszędzie – na murkach, dachach, samochodach, w zaułkach, przy kawiarnianych stolikach. Jedne przeciągają się leniwie w cieniu palm, inne obserwują cię z powagą strażników terytorium, a jeszcze inne po prostu domagają się głaskania lub resztek z talerza. Wygląda na to, że koty przejęły władzę nad tym miastem i to im, a nie ludziom, należy się miano prawdziwych gospodarzy Nikozji.

Co zobaczyć w Nikozji (południowej)?

Mimo ograniczonego czasu udało nam się zobaczyć kilka naprawdę ciekawych miejsc:

  • Ulica Ledra – serce południowej Nikozji. To deptak handlowy pełen sklepów, kawiarni i restauracji, który prowadzi prosto do granicy z częścią północną. Z jednej strony tętniący życiem jak klasyczna ulica europejskiej stolicy, a z drugiej – kończący się nagle na posterunku granicznym, co nadaje mu dość surrealistyczny charakter.
  • Meczet Ömeriye – świątynia zbudowana w XVI wieku przez Turków osmańskich na miejscu dawnego klasztoru augustianów. To ciekawy przykład architektury sakralnej, w której widać ślady przenikania kultur. Wciąż pełni funkcję meczetu, ale jest także chętnie odwiedzany przez turystów.
  • Kościół Archanioła Michała Trypiotisa – perła prawosławnej architektury Nikozji. Powstał w 1695 roku i jest jednym z najstarszych zachowanych kościołów w mieście. Wnętrze ozdabiają piękne ikony i freski, które nadają mu wyjątkowy klimat. To miejsce, gdzie historia łączy się z żywą tradycją religijną – bo nadal odprawiane są tu nabożeństwa.
  • Mury weneckie i bramy miejskie – potężne fortyfikacje z XVI wieku, wzniesione przez Wenecjan w charakterystycznym gwiaździstym kształcie. Do dziś zachowały się trzy główne bramy: Famagusta, Kyrenia i Paphos. Spacer wzdłuż murów daje wrażenie podróży w czasie i przypomina, jak ważnym strategicznie miastem była niegdyś Nikozja.
  • Plac Eleftheria – najbardziej nowoczesna część miasta, zaprojektowana przez światowej sławy architektkę Zahę Hadid. Jego futurystyczne linie i otwarta przestrzeń kontrastują z wąskimi, krętymi uliczkami starego miasta. To miejsce, które pokazuje, że Nikozja próbuje łączyć swoją historię z nowoczesnością.

Podczas jednej z eksploracji trafiłyśmy do dzielnicy, gdzie nagle skończył się asfalt, a na ulicach zobaczyłyśmy wyłącznie muzułmanki zapuszkowane szczelnie w swoich burkach. Ich wzrok i obecność mężczyzn sprawiły, że nasze letnie sukienki wydały nam się wyjątkowo nie na miejscu – gdybyśmy miały pod ręką habit, chętnie byśmy go narzuciły. Na szczęście była to jednorazowa sytuacja, bo ogólnie w Nikozji nie czułyśmy się niebezpiecznie.

Nikozja ma też swój urok: bujną roślinność (bugenwille, palmy, kaktusy), nietypowe budynki i atmosferę miasta, które tkwi między różnymi światami.

Odważny krok: strona północna

Kiedy trafiło nam się kolejne wolne popołudnie, postanowiłyśmy wreszcie wybrać się na stronę turecką. Pierwsza próba skończyła się spektakularną ulewą – wbrew dobrym chęciom schronienia się pod palmą wróciłyśmy do hotelu przemoknięte do suchej nitki i musiałyśmy się przebrać. Jednak nie tracąc humoru ani motywacji, podjęłyśmy drugie podejście. Ahoj, przygodo!

Przy budce celnej przywitał nas pan z wąsem w okularach, wyglądający jak emerytowany komandos. Gdy stanęłyśmy przed nim, odwaga nas trochę opuściła – dlatego zaczęłyśmy się licytować, która pójdzie pierwsza. Ostatecznie skończyło się na krótkim, oceniającym spojrzeniu kontrolera i bezproblemowej przepustce.

Jednoznacznie stwierdziłyśmy, że klimat północnej Nikozji jest wyraźnie inny – bardziej surowy, chwilami nawet złowieszczy. Przy przejściu granicznym widać druty kolczaste, opuszczone budynki, ślady dawnej wojny i podziału.

Co warto zobaczyć po stronie tureckiej?

  • Strefa buforowa (Zielona Linia) i Ledra Palace – niegdyś elegancki hotel, w którym odbywały się spotkania dyplomatów i polityków, dziś zamknięty i znajdujący się w strefie ONZ. To jedno z najbardziej symbolicznych miejsc podziału Nikozji – tam, gdzie luksus spotkał się z historią i nagle zamarł.
  • Büyük Han – największy i najpiękniejszy karawanseraj na Cyprze, wybudowany w XVI wieku przez Osmanów. Kiedyś był miejscem postoju dla kupców i podróżników, dziś odrestaurowany służy jako centrum kultury. W jego arkadowym dziedzińcu znajdziesz klimatyczne kawiarnie, warsztaty rzemieślnicze i galerie. Idealne miejsce, by poczuć atmosferę dawnego handlowego miasta.
  • Kościół św. Mikołaja – Bedesten – budowla, która przez wieki zmieniała swoje funkcje: od kościoła prawosławnego, przez bazar, aż po miejsce wystaw i koncertów. Architektura to mieszanka wpływów bizantyjskich, gotyckich i osmańskich – jeden budynek, a w nim zaklęta cała historia Nikozji.

Mały wypad za miasto: Cyherbia Botanical Park

W ramach programu projektowego odwiedziłyśmy Cyherbia Botanical Park, położony około 30–40 minut jazdy samochodem od Nikozji (mniej więcej w połowie drogi do Larnaki). To absolutnie magiczne miejsce – ogród ziołowy, w którym przyroda łączy się z tradycją i wiedzą zielarską.

Park słynie przede wszystkim z lawendy, której pola wyglądają bajecznie w sezonie kwitnienia, a jej zapach unosi się w powietrzu, tworząc relaksującą atmosferę. Można tu kupić pyszną herbatkę lawendową, aromatyczne olejki czy naturalne kosmetyki. Właścicielka miejsca jest zielarką z prawdziwą pasją-– z niesamowitą energią opowiada o leczniczych właściwościach roślin i sposobach ich wykorzystania.

Samo przechadzanie się po parku to świetna przygoda – znajdziecie tu labirynt z żywopłotu, ogrody tematyczne (np. ogród mocy, spokoju czy miłości), a także miejsca stworzone do medytacji i odpoczynku. Spacerując alejkami, co chwilę mijałyśmy wielkie jaszczury – agamy brodate – które wyglądały jak miniaturowe dinozaury pilnujące swojego królestwa.


Nikozja – nieoczywista i trudna do zaszufladkowania

Nasze wrażenia z Nikozji są zdecydowanie mieszane. Z jednej strony to miasto nietuzinkowe, pełne kontrastów i niezwykłej historii, której ślady widać na każdym kroku. Z drugiej – nie jest to klasyczna destynacja turystyczna, gdzie człowiek zakocha się od pierwszego wejrzenia. Na pewno na plus zasługuje klimat miasta kotów, które nadają mu wyjątkowy urok.

Trochę szkoda, że podczas całego pobytu morze widziałyśmy tylko z samolotu i przez szybę autobusu – bo Nikozja nie ma dostępu do wybrzeża. Dlatego, jeśli ktoś marzy o cypryjskich krajobrazach i plażach, lepiej kierować się do Larnaki, Pafos czy Ayia Napy. Stolica to raczej propozycja dla tych, którzy lubią eksplorować miejsca nietypowe i nieoczywiste.

Na koniec drobna rada praktyczna: uważajcie na żołądki. Nas spotkała przykra przygoda w postaci zatrucia (podejrzane bubble tea!), więc warto profilaktycznie wspierać się probiotykami i pamiętać, że kulinarne eksperymenty na Cyprze mogą skończyć się szybciej wizytą w łóżku niż zwiedzaniem miasta.

Ze względu na to, że zwiedzałyśmy Nikozję podczas delegacji, na pewno wiele miejsc zostało jeszcze do odkrycia. To miasto ma sporo tajemnic i warto spojrzeć na nie także oczami innych podróżników – dlatego polecamy zajrzeć na blogi podróżnicze, które pokazują różne perspektywy i dodatkowe „polecajki” dla osób planujących wizytę w tej nietypowej stolicy.

Jedno jest pewne – Nikozja to stolica, która nie daje się łatwo zaszufladkować. Ani typowa, ani klasyczna, ani przewidywalna. I może właśnie dlatego zostaje w pamięci na dłużej niż niejeden rajski kurort.