Wyjazd do Włoch? Brzmi jak plan idealny, prawda? Tyle że kiedy to wyjazd z pracy, wygląda on trochę inaczej i rządzi się swoimi prawami. Przejdźmy więc do konkretów. Zimowa wyprawa do Toskanii raczej nie znalazłaby się na szczycie naszej prywatnej listy marzeń – zdecydowanie wolałybyśmy odkrywać ten region w letnim słońcu i przy wysokich temperaturach. Ale skoro trafiła się okazja, nie było sensu kręcić nosem – czasem po prostu trzeba brać, co dają.
W takim razie kierunek – San Miniato! Tylko, czy tak łatwo się tam dostać? Przekonałyśmy się, że… no nie.
Na przystawkę – wyścig z czasem po włosku

Szybko się okazało, że łatwo nie będzie. Najpierw lot krajowy do Warszawy o nieludzkiej godzinie1, potem rejs Warszawa–Rzym na pokładzie LOT-owskiego Embraera. I właśnie wtedy zaczęły się schody – przed wylądowaniem zdałyśmy sobie sprawę, że samolot złapał ponad 40 minut opóźnienia. Tymczasem za niespełna godzinę miałyśmy pociąg z głównego dworca w Rzymie, który był kolejnym etapem naszej podróży. Dojazd z lotniska na Roma Termini koleją? Można było o nim zapomnieć, nie zdążyłybyśmy. Zostały dwie opcje: taksówka (też bez żadnej gwarancji, że zdążymy) albo zakup nowego biletu za ponad 100 euro na późniejsze połączenie. Krótka kalkulacja. Ryzykujemy i bierzemy taksówkę. Kierowca obiecał, że dowiezie nas w około 40 minut, co oznaczało dojazd „na styk”. I faktycznie – zdążyłyśmy. Z aż jedną minutą zapasu. Ceną był sprint z walizkami w poszukiwaniu właściwego peronu i solidna zadyszka. Za kurs taxi zapłaciłyśmy 55 euro, ale w końcu to delegacja – w rozliczeniu i tak odzyskamy. Prawda?

Przystanek: Piza
Pociąg, do którego wsiadłyśmy, nie jechał bezpośrednio do naszego celu podróży. Czekała nas przesiadka w Pizie, ale z na tyle dużym zapasem czasu, że mogłyśmy spokojnie ruszyć na szybkie zwiedzanie i zobaczyć przede wszystkim najbardziej rozpoznawalny symbol miasta – Krzywą Wieżę. Niestety, entuzjazm dość szybko opadł. Poza tą jedną, znaną na całym świecie ikoną, rzeką, magnesami za 1 euro i czymś na kształt „Fontanny di Trevi” (w wersji z Temu) stojącej przed dworcem kolejowym, trudno było znaleźć coś, co naprawdę przyciągnęłoby uwagę. W gruncie rzeczy cieszyłyśmy się, że Piza była tylko przystankiem po drodze. Naszym zdaniem specjalna wycieczka wyłącznie do tego miasta mija się z celem – po maksymalnie dwóch godzinach zaczyna wiać nudą.




Emocji ciąg dalszy, a to jeszcze nie koniec dnia
Po kolacji w jednej z lokalnych knajpek w Pizie wsiadłyśmy w kolejny pociąg – tym razem już do San Miniato. Podróż trwała około pół godziny. Gdy wysiadłyśmy na miejscu, było już ciemno. Wychodzimy z budynku dworca… cisza, pustka, zero życia. Szybko okazało się, że stacja znajduje się gdzieś na obrzeżach miasteczka. Sprawdzamy odległość do hotelu – daleko. Może autobus? Co prawda obok stał znak z rozkładem jazdy, ale o tej porze wszystkie autobusy już dawno odjechały. Próbujemy zamówić Ubera – bez skutku, żaden kierowca nie chciał przyjąć kursu. Spacer w ciemność z ciężkimi walizkami oczywiście odpadał. Ale dostrzegłyśmy, że pod rozkładem jazdy autobusu wisiała kartonowa tabliczka z napisem „TAXI” i dwoma numerami telefonu zapisanymi czarnym markerem. To była nasza ostatnia nadzieja. Odważniejsza z nas dzwoni pod pierwszy numer – ten kierowca już o tej porze nie pracuje, odsyła nas do drugiego. Po kilku minutach wygląda na to, że transport jest załatwiony. Wracamy do środka budynku dworca, bo styczniowy wiatr zaczyna dawać się we znaki., jest bardzo zimno. Wokół dworca kompletny brak ruchu, więc zakładamy, że cokolwiek tu podjedzie, będzie naszą taksówką. I wtedy na parking wjeżdża czarny minibus z przyciemnianymi szybami. Czy to na pewno po nas? Nie mamy stuprocentowej pewności – równie dobrze mógłby to być samochód mafii, rodem z filmu sensacyjnego. Zmęczone całym dniem podróży wsiadamy bez większych dyskusji. Gdy kierowca po kilkuset metrach skręca w wąską, słabo oświetloną drogę prowadzącą pod górę, zaczynamy się zastanawiać, czy na pewno zmierzamy do hotelu, a nie w zupełnie innym kierunku…
Klasztorne klimaty z widokiem na Toskanię
Najwyraźniej intuicja nas nie zawiodła, bo po kilku minutach zatrzymałyśmy się pod hotelem. Szybko okazało się, że mieści się on – przynajmniej według mojej pobieżnej oceny – w budynku dawnego klasztoru. Trudno o „lepsze” zwieńczenie dnia pełnego wrażeń. Przyjęto nas tam bardzo serdecznie, jednak sam pokój zdecydowanie nie trafił w mój gust. Gdybym miała wybór, nie zdecydowałabym się na nocleg w takim miejscu z własnej, nieprzymuszonej woli. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby pokoje były kiedyś celami mnichów. Drewniane belki pod sufitem, wyposażenie w mocno antycznym stylu (np. stojak na walizkę2) i unoszący się w powietrzu lekko stęchły zapach tylko potęgowały to wrażenie. Na szczęście rekompensował to piękny widok z okna, choć naprzeciwko znajdował się budynek, którym znajdował się chyba… szpital3, co dodawało całości specyficznego klimatu. Pierwsza noc naszego pobytu wydawała się nieco dziwna i momentami wręcz filmowo „creepy”, ale być może to kwestia mroku i zmęczenia. Rano wszystko wyglądało już zupełnie inaczej – podczas śniadania z dużego okna jadalni rozpościerała się jeszcze piękniejsza panorama Toskanii, niż z naszego pokoju. Gdzieś daleko pośród krajobrazu można było nawet śledzić wzrokiem przejeżdżające pociągi ichniejszego PKP, czyli TrenItalia.

Oficjalnie było to tak…
Po śniadaniu przyszedł czas na warsztatową część dnia, co szybko sprowadziło nas na ziemię i przypomniało, że to jednak wyjazd służbowy. Spotkanie odbywało się – a jakże – w starym budynku klasztoru, co po poprzednim dniu przestało nas już zupełnie dziwić. Przez trzy dni towarzyszyło nam jednak dotkliwe zimno; paradoksalnie na zewnątrz bywało cieplej niż w środku budynku o grubych murach. Ostatniego dnia czekało nas największe wyzwanie: dwuipółgodzinne warsztaty dla ponad 50 uczniów z czterech krajów. Mimo wszystko obie zgodnie stwierdziłyśmy, że poradziłyśmy sobie z tym zadaniem naprawdę dobrze.


A pod kątem podróżniczym…
Ale tyle wspominania o pracy! Czas napisać akapit o samym San Miniato.
Jako osoba, której była to pierwsza wycieczka do Włoch, oceniam to miasteczko bardzo pozytywnie. Gdybym miała opisać je jednym zdaniem, to jest jednym z takich, które znajdziecie w standardowych tapetach Windowsa XP w kategorii „krajobrazy i miejsca”. Można śmiało powiedzieć, że jest położone w samym sercu Toskanii i wygląda dokładnie tak, jak człowiek wyobraża sobie urokliwe włoskie miasteczko. Wąskie uliczki, kamienne domy w ciepłych kolorach i widoki, które dosłownie proszą się o zdjęcie. A co najlepsze – nie ma tu takiego tłumu jak w największych turystycznych miejscowościach, więc można spokojnie pochodzić i po prostu nacieszyć się klimatem.





Miasto ma też całkiem ciekawą historię, bo przez wieki było ważnym punktem między Florencją a Pizą i przewijało się w nim sporo średniowiecznych wpływów. Spacerując po centrum można to poczuć, bo praktycznie na każdym kroku widać ślady dawnych czasów.
Najbardziej charakterystycznym miejscem w San Miniato jest Rocca di Federico II (Wieża Fryderyka II), czyli ceglana konstrukcja górująca nad miastem. Powstała ona w XIII wieku z polecenia cesarza Fryderyka II i symbolizuje dawną potęgę władzy cesarskiej. Wejście na wzgórze, gdzie stoi wieża, to obowiązkowy punkt, bo panorama Toskanii stamtąd jest absolutnie niesamowita – inne wzgórza, pola, winnice i te małe miasteczka gdzieś w oddali. Nawet zimą prezentuje się pięknie, zwłaszcza przy zachodzie słońca.



Według informacji z internetowych przewodników warto też zajrzeć do katedry Santa Maria Assunta e San Genesio (pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP i św. Genesiusza), która jest jednym z najważniejszych zabytków w San Miniato i świetnie wpisuje się w spokojny, historyczny klimat tego miejsca. W środku akurat nie byłyśmy, ale urokliwość katedry i jej otoczenia widać również z zewnątrz. To właśnie jej wieża ukazuje się pierwsza w grafice, gdy wpiszecie w Google hasło „San Miniato”.



W San Miniato jest także pomnik człowieka z truflą na ręce4 i psa, który na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak zwykła rzeźba „dla ozdoby”, ale tak naprawdę ma bardzo konkretne znaczenie. To nawiązanie do lokalnej tradycji związanej z poszukiwaniem trufli, bo to właśnie psy (a kiedyś nawet świnie) od lat pomagały ludziom znajdować te ukryte pod ziemią skarby.

Miałyśmy to szczęście, że wszystkie wymienione wyżej atrakcje turystyczne miałyśmy na wyciągnięcie ręki, dosłownie zaraz obok naszego hotelu na wzgórzu, więc specjalnie nie musiałyśmy się nawet daleko ruszać, żeby wszystko obejść, zobaczyć i sfotografować.
Oprócz wspomnianych, San Miniato ma jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć. Jednym z nich jest Palazzo dei Vicari – charakterystyczny, ceglany budynek z wieżą zegarową, który przez wieki był siedzibą władz i dziś mieści muzeum miejskie. Warto zajrzeć także do kościoła San Domenico, surowego, gotyckiego wnętrza z XIV wieku, gdzie zachowały się cenne dzieła sztuki i nagrobki lokalnych rodów. Miłośnicy sztuki sakralnej mogą odwiedzić także Museo Diocesano d’Arte Sacra, w którym zgromadzono obrazy, rzeźby i zabytkowe przedmioty liturgiczne z okolicznych świątyń. Jeśli natomiast ktoś trafi tu jesienią, powinien zajrzeć na Mostra Mercato Nazionale del Tartufo Bianco – ogólnokrajowe święto białej trufli, z której San Miniato słynie w całych Włoszech.


Chyba nie tak smakują Włochy?
Wracając do trufli – podobno w lokalnych restauracjach można spróbować ich w najróżniejszych odsłonach, jako głównej gwiazdy talerza. Jednak nas taka degustacja ominęła, a wręcz doświadczyłyśmy ogromnego kulinarnego rozczarowania, gdyż przez dwa dni miejsce na kolacje wybierała organizacja goszcząca, z czym nie bardzo mogliśmy wszyscy polemizować. Niestety, tego rodzaju zorganizowane posiłki = ograniczone menu. Tak więc oto prezentowała się moja najgorsza kolacja ever, którą oczywiście musiałam udokumentować fotograficznie (Gosia miała trochę więcej szczęścia, gdyż wybrała opcję wegetariańską i dostała talerz serów5):

Ostatniego dnia naszego pobytu w San Miniato, gdy już każdy szedł na wieczorny posiłek we własnym zakresie, odbiłyśmy to sobie chociaż z nawiązką, kupując do hotelu kilka kawałków pizzy oraz parę innych włoskich specjałów zakupionych w miejscowych sklepikach (nota bene: w tym miasteczku tylko takie istnieją, nie ma w okolicy żadnego większego supermarketu). Oczywiście do dobrego jedzenia musiał być też dobry repertuar. Na szczęście w celi mnicha aka naszym pokoju hotelowym powiało XXI wiekiem, ponieważ miałyśmy na ścianie telewizor. W pewnym momencie śmiechom nie było końca i mam nadzieję, że sąsiedzi z pokojów obok byli wyrozumiali, bo gdyby oglądali to co my6 i rozumieli język polski, myślę, że ten zbiorowy śmiech słyszałaby cała Toskania i okolice.
W rytmie Rock, Pop i Jazz
Pociąg powrotny z San Miniato do Rzymu (tym razem bezpośredni) odjeżdżał z samego rana, dlatego nie pozostało nam nic innego, jak dotrzeć na dworzec taksówką. I jak się pewnie domyślacie – tak, była to ta sama czarna taksówka, którą dotarłyśmy do hotelu. Tym razem obyło już się bez strachu, ponieważ kierowca okazał się bardzo miłym i uprzejmym człowiekiem7.
Patrząc przez okno pociągu i zatrzymując się na stacjach pośrednich, poczyniłam pewne obserwacje, więc teraz czas na ciekawostkę: różne rodzaje włoskich pociągów regionalnych są ponazywane i opisane różnymi gatunkami muzyki: Rock (to na przykład składy piętrowe), Jazz, Pop, itp. To bardzo ciekawy zabieg i chyba jedyny taki na świecie (chociaż mogę się mylić).

Senatus Populusque Romanus w wersji ekspresowej
Po około 4 godzinach jazdy byłyśmy już w Rzymie. Ponieważ lot do Polski miałyśmy nieco po 19:00, zostało nam kilka wolnych godzin na eksplorację „wiecznego miasta”. Zostawiłyśmy nasze bagaże w przechowalni i na szybko obmyśliłyśmy plan wycieczki po Rzymie.
Nabijając dobrych kilka tysięcy kroków, zaliczyłyśmy spacer z głównego dworca do starego miasta, mijając po drodze takie punkty charakterystyczne jak: Koloseum, Forum Romanum, Fontanna di Trevi, Panteon, Zamek Świętego Anioła oraz co najmniej kilkanaście zabytkowych kościołów. Czasu nie miałyśmy co prawda za wiele, więc przy tych zabytkach zatrzymywałyśmy się dosłownie na chwilę i nie wchodziłyśmy do środka – po prostu szybka sesja zdjęciowa i lecimy dalej. Pogoda tego dnia bardzo nam sprzyjała – było bardzo słonecznie i ciepło jak na styczeń – całkowite przeciwieństwo temperatury w San Miniato.









Po kilku godzinach takiego chodzenia porządnie zgłodniałyśmy, dlatego jednogłośnie postanowiłyśmy wcielić w życie pomysł zjedzenia tradycyjnej włoskiej pizzy i makaronu w lokalnej knajpce. Znalazłyśmy klimatyczny lokal nieco na uboczu, oddalony od głównych ulic i drogich miejscówek nastawionych praktycznie tylko na turystów. Co prawda obsługująca nas pani słabo mówiła po angielsku, ale koniec końców jakoś się dogadałyśmy odnośnie zamówienia. Co tu dużo mówić – makaron i pizza smakowały obłędnie! Włoska kuchnia w najlepszym wydaniu. Mam tutaj tylko jedno zastrzeżenie – w tym lokalu podobno nie mieli aperola, chociaż wyraźnie figurował on w menu8. Musiałam się pocieszyć w tym wypadku limoncello, ale było ono tak samo dobre jak nasze dania obiadowe, więc szybko dobry humor mi wrócił.



Spacer do najmniejszego państwa świata
Na koniec naszego zwiedzania udałyśmy się do Watykanu, bo jak to być w Rzymie, a nie odwiedzić tej enklawy? Po drodze kupiłyśmy sobie jeszcze kilka drobnych pamiątek i spacerkiem doszłyśmy do celu, który ku mojemu zdziwieniu był stosunkowo blisko innych ciekawych atrakcji Rzymu. Kolejne zdziwienie wywołało u mnie to, że praktycznie nie ma tam wyraźnie oznaczonej granicy, mimo że jest to osobne państwo. Fajnie było zobaczyć na żywo Bazylikę i Plac Świętego Piotra – miejsca, które wcześniej widziało się tylko w telewizji podczas ważnych uroczystości kościelnych.



Oprócz tego naszą uwagę przykuł patrol policji konnej, więc nie mogło się tutaj obejść bez całej sesji zdjęciowej dwunożnych i czworonożnych funkcjonariuszy na tle charakterystycznych budynków (wyglądało na to, że panowie policjanci chyba już byli przyzwyczajeni do bycia swojego rodzaju atrakcją turystyczną i chętnie pozowali do zdjęć).

Ostatni przystanek: lotnisko
Ostatnim etapem naszej włoskiej podróży powrotnej była taksówka na dworzec i pociąg na lotnisko. Bardzo pozytywnie oceniam port lotniczy Fiumicino, gdyż miło zaskoczyłam się przy kontroli bezpieczeństwa, gdzie nie musiałyśmy wyciągać z bagażu płynów ani elektroniki, co bardzo usprawniło całą procedurę. Aktualnie coraz więcej lotnisk, nawet w Polsce, instaluje nowoczesne skanery, pozwalające na takie właśnie przyspieszenie procedury kontroli bagażu, ale to właśnie na lotnisku w Rzymie spotkałam się z takim ewenementem po raz pierwszy (z jednej strony starożytne miasto, a z drugiej jakże nowoczesne!). Po dwóch lotach bez większych przygód dotarłyśmy wreszcie do domu.

Jak podsumować tę podróż? Na pewno była inna niż wszystkie dotychczasowe, skomplikowana logistycznie i w pewnym stopniu męcząca, jeśli wziąć pod uwagę napięty grafik warsztatów i próbę zobaczenia jak największej ilości atrakcji turystycznych w czasie, jaki pozostał nam na zwiedzanie. Oprócz tego było mnóstwo zabawnych momentów, ciekawych doświadczeń i podziwiania widoków, które na pewno zostaną z nami na długo. W głowie zakiełkował także pomysł na odwiedzenie Toskanii latem. Czy to zrobimy? Kiedyś na pewno!
- 05:45, słońce jeszcze nie wzeszło, hello? ↩︎
- Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia! ↩︎
- Czy na tym etapie opowieści kogoś to jeszcze zaskoczyło? ↩︎
- Dopiero potem zorientowałyśmy się, że ta kulka to trufla, haha ↩︎
- Które ku mojej nieskrywanej radości pozwoliła mi ukradkiem podjadać. ↩︎
- https://www.youtube.com/watch?v=BqRCKHslOH4 (jeśli ktoś jest ciekawy, a podejrzewam, że tę ciekawość wzbudziłam 😉) ↩︎
- Co wcale nie wyklucza, że nadal mógł mieć jakieś powiązania z mafią. ↩︎
- SKANDAL! ↩︎
Dodaj komentarz