„Lubisz, lubisz wracać tam, gdzie byłaś już” – tak, nie da się zacząć tego wpisu inaczej niż przytaczając słowa piosenki Zbigniewa Wodeckiego. Dlaczego? Prawda jest taka, że odkąd wróciłam z Islandii, nie było dnia, żebym nie myślała o powrocie tam; nie tęskniła do kraju, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Przysięgłam sobie, że cokolwiek by się nie działo, ja tam wrócę. Nie przypuszczałam jednak, że stanie się to tak szybko.

Los chyba robił wszystko, żeby pomóc mi w realizacji mojego tęsknego marzenia, gdyż znalazłam niewiarygodnie tanie loty. Co prawda poza sezonem, bo pod koniec listopada, ale mnie to absolutnie nie przeszkadzało.

To tak na dowód, jak niskie ceny to były 😉

Ale wiadomo – sama tam nie pojadę, więc następnym logicznym krokiem było zebranie ekipy.

I tak oto wyszło, że zebrała się nas ósemka, co było na rękę każdej lecącej osobie, gdyż przez to koszty rozłożyły się pomiędzy większą liczbę osób, co automatycznie oznaczało mniej na jednego człowieka. Szybko i zgodnie wszyscy z grupy stwierdziliśmy, że robimy ten wyjazd najbardziej budżetowo, jak się da. Byłam z tego faktu niezmiernie zadowolona, gdyż pierwszy wyjazd na Islandię pochłonął ponad 8 tysięcy z moich skromnych studenckich oszczędności, więc tym razem miałam nadzieję, że zostanie mi więcej w kieszeni. Nauczona doświadczeniem z poprzedniego wyjazdu, postanowiłam przede wszystkim oszczędzić na jednej kluczowej rzeczy – jedzeniu. Lepiej było wydać jednorazowo trochę pieniędzy na suchy prowiant w polskim supermarkecie, niż płacić za to samo trzykrotność tej kwoty w Islandii. Głównie z tego właśnie powodu dokupiłyśmy z przyjaciółką jedną sztukę bagażu podręcznego na nas dwie. Pół walizki zajęło nam jedzenie, w drugiej połowie natomiast napchałyśmy inne niezbędne rzeczy (jak widać na załączonym obrazku):

UWAGA! BĘDZIE DŁUGO, WIĘC JEŚLI NIE JESTEŚCIE BARDZO ZAFASCYNOWANI ISLANDIĄ, MOŻECIE POMINĄĆ CO NIEKTÓRE FRAGMENTY. A JEŚLI JESTEŚCIE PO DRUGIEJ STRONIE BARYKADY – JEST MI BARDZO MIŁO I ZAPRASZAM SERDECZNIE DO LEKTURY!

Dzień 0

Nadszedł długo wyczekiwany dzień wyjazdu, który zaczęłyśmy od podróży na jakże znienawidzone przeze mnie lotnisko w Katowicach. Niestety, aby dotrzeć tam od nas, musiałyśmy z samego rana wyruszyć pociągiem z dwoma przesiadkami, chociaż lot miałyśmy dopiero po godzinie 16:00. Na szczęście każdy z pociągów o dziwo jechał planowo, więc bez problemu dotarłyśmy na lotnisko z więcej niż odpowiednim zapasem czasu przed lotem. Z większą częścią naszej ekipy poznaliśmy się dopiero na lotnisku, ale nie było w tym nic dziwnego – w końcu „podróżnicze świry” to zawsze spoko ziomki.

Prawie 4 godziny i kilka momentów umiarkowanych turbulencji później wylądowaliśmy na międzynarodowym lotnisku w Keflavíku, gdzie mieliśmy też pierwszy nocleg przed dalszą eksploracją wyspy. Dosyć szybko załatwiliśmy formalności związane z wypożyczeniem samochodu (bez auta na Islandii ani rusz!) i wyszliśmy z terminalu prosto w deszcz – taka pogoda przywitała nas tego pierwszego wieczoru, ale absolutnie nikt z nas nie narzekał – całe towarzystwo było w wyśmienitych  humorach.

Naszym miejscem noclegowym był apartament wynajmowany przez właścicieli Polaków, dlatego niezbyt zdziwiła nas zostawiona w lodówce butelka czerwonego wina, którą późnym wieczorem opróżniłyśmy z dziewczynami przy kilku odcinkach młodzieżowego serialu „Maxton Hall” (nie pytajcie, proszę!).

Dzień 1

Wobec powyższego oraz także przez fakt, że o tej porze roku słońce wschodzi na Islandii około godziny 10:00, następnego dnia rano wcale nie wstawało się super, ale zdążyliśmy wszystko zapakować do auta i wyjechać jeszcze przed wschodem słońca.

Godzina dokładnie 09:27, słońce jeszcze nie wyłoniło się zza horyzontu

Pierwszym przystankiem na trasie był szlak Reykjanesviti, czyli latarnia morska Reykjanestá oraz ścieżka prowadząca wprost na klify, skąd aż po horyzont rozciąga się ocean. Sama latarnia stoi na niewielkim wzgórzu i z daleka wygląda dość zwyczajnie – biała, prosta, bez zbędnych ozdobników. Z bliska widać, że swoje już przeszła: wiatr i pogoda zrobiły swoje. To najstarsza i najwyższa latarnia morska na Islandii, chociaż obecny budynek nie jest tym pierwszym. Nie ma tu żadnej spektakularnej architektury ani tłumów ludzi. Jest cisza, wiatr i ta charakterystyczna biała bryła na tle surowego krajobrazu. Trochę jakby stała tu bardziej z obowiązku niż dla efektu. Spacer w stronę klifów nie jest długi, za to widoki robią wrażenie – fale z hukiem rozbijają się o brzeg, a wiatr przypomina, że to już naprawdę koniec lądu.

Następnie udaliśmy się dalej na południe – w stronę miasta Grindavík, gdzie zaliczyliśmy kolejny punkt widokowy na wybrzeżu. Grindavík jeszcze niedawno było normalnie funkcjonującym rybackim miasteczkiem. Dziś wygląda trochę jak miasto zatrzymane w czasie. Po serii erupcji wulkanicznych na półwyspie Reykjanes (niemal rok wcześniej) i pojawieniu się głębokich pęknięć w ziemi mieszkańcy zostali ewakuowani. Część domów została uszkodzona, a ulice opustoszały.

Po drodze minęliśmy jeszcze co najmniej dwie inne latarnie morskie stojące samotnie na wybrzeżu oraz wrak starego statku. To pozostałości trawlera Hrafn Sveinbjarnarson III, który osiadł na mieliźnie w 1988 roku u wybrzeży Grindavíku. Ciekawostka: załogę udało się uratować, ale nie podjęto próby ściągnięcia samej jednostki z powrotem do portu. Do dziś rdzewiejący kadłub leży przy brzegu i stał się jednym z charakterystycznych punktów tej części wybrzeża.

Dalej ruszyliśmy w stronę Hafnarfjörður. To portowe miasteczko niedaleko Reykjavíku, znane z pól lawy i niskiej, kolorowej zabudowy przy nabrzeżu. Zatrzymaliśmy się na krótki spacer po okolicy portu – spokojniej, bardziej lokalnie, bez tłumów. Surowe skały lawowe wchodzą tu praktycznie w miasto, co robi dość nietypowe wrażenie.

Potem pojechaliśmy do Krýsuvík, gdzie stoi czarny, drewniany kościółek Krýsuvíkurkirkja. Na miejscu okazało się, że był zamknięty, więc zobaczyliśmy go tylko z zewnątrz. Obok znajduje się niewielki cmentarz – kilka starych nagrobków tuż przy świątyni, ogrodzonych niskim białym płotem. Wszystko stoi samotnie pośrodku pustej przestrzeni, bez innych zabudowań wokół. Cisza, wiatr i surowy krajobraz. Co ciekawe, wizerunek tego kościoła pojawiał się na okładkach islandzkich kryminałów, m.in. w zagranicznych wydaniach książek Yrsa Sigurðardóttir. Czarna bryła na pustkowiu idealnie wpisuje się w klimat skandynawskich historii.

Ponieważ ciemno miało się zrobić niedługo po godzinie 16:00, cały czas jechaliśmy w stronę naszego kolejnego noclegu. Zrobiliśmy przystanek na jednej z wielu czarnych plaż, w pobliżu miejscowości Ölfus (tak przynajmniej pokazują metadane ze zrobionych w tamtym miejscu zdjęć). Po opuszczeniu auta, wiatr od razu dał o sobie znać, a czarny piach pod butami wyglądał trochę jak rozsypany popiół: prosto, surowo i bez żadnych innych dodatków. Klimatu dodawało także znajdujące się tam pole czarnych kamieni.

Ostatnim miejscem, które udało nam się odwiedzić przed zapadnięciem zmroku, był kościół Strandarkirkja. Stoi samotnie przy wybrzeżu w Ölfus i od wieków uchodzi za jedno z bardziej „szczęśliwych” miejsc na Islandii – według legendy marynarze obiecali wybudować tu kościół, jeśli bezpiecznie dopłyną do brzegu, i tak to podobno się zaczęło. Świątynia jest prosta, biała, otoczona niewielkim cmentarzem i otwartą przestrzenią, nad którą mocno czuć wiatr od oceanu. W pobliżu znajduje się też pomnik kobiety – figura upamiętniająca legendę związaną z powstaniem kościoła. Nawiązuje do opowieści o tajemniczej kobiecie, która miała wskazać marynarzom bezpieczną drogę do brzegu.

Nieco dalej zauważyliśmy małe czerwone domki z drewna ustawione tuż przy ziemi. Wyglądały one jak miniaturowe chatki, a ludzie pozostawiali przy nich monety (było nawet polskie 2 złote!), figurki czy drobne przedmioty. Jak potem się doedukowaliśmy, to nawiązanie do islandzkiej tradycji wierzeń w huldufólk, czyli „ukrytych ludzi” (elfy).

Następnie czekała nas jeszcze nadal długa droga do naszego domku, ale nikt z nas nie narzekał, ponieważ mijane po drodze krajobrazy całkowicie wynagradzały nie najkrótszy czas w trasie. Tym bardziej, że był to już ten czas, że ludzie przyozdobili swoje domy na święta. Okazuje się, że w Islandii jest to dużo bardziej spopularyzowane niż w Polsce i każdy jeden domek przyozdobiony światełkami wyglądał wprost magicznie. Wpadliśmy na całkiem niegłupi pomysł, żeby po drodze wstąpić po zakupy do najbliższego supermarketu (tak, wiem, miałyśmy pół walizki jedzenia, ale tego, co tam kupiliśmy, nie dałybyśmy rady przewieźć w walizce, a z kupienia prawdziwego islandzkiego Skyra nawet się nie będę tłumaczyć). Tak się złożyło, że był to ten sam market Krónan, w którym robiliśmy zakupy podczas wyjazdu rok temu.

A zjazd z głównej drogi do naszego noclegu był zaraz obok wodospadu Seljalandsfoss – od razu wszystkie wspomnienia do mnie wróciły i poczułam się jeszcze szczęśliwsza, o ile można czuć się jeszcze szczęśliwszym, będąc w Islandii. Nasz domek okazał się super przestronnym i dobrze wyposażonym miejscem, w którym mieliśmy spędzić w sumie 3 noce. Na dokładkę odwiedził nas jeszcze niespodziewany gość – kotek właścicieli gospodarstwa. Ja jako kociara oczywiście nie mogłam odmówić sobie wzięcia go na ręce i zrobienia pamiątkowej fotki, chociaż każde z naszej ósemki było żywo zainteresowane przybyszem i podejrzewam, że takiej dawki pieszczot kot dawno nie dostał.

Dzień 2

Kolejnego dnia naszym głównym celem była laguna lodowcowa Jökulsárlón oraz Diamentowa Plaża. Rano przy śniadaniu zaskoczyliśmy się chyba wszyscy po kolei (w kolejności wstawania), jaki piękny mamy widok z kuchni, ponieważ gdy poprzedniego dnia dojechaliśmy do naszego domku, panowały zupełne ciemności i oprócz świateł zabudowań naszych gospodarzy, zbyt wiele nie widzieliśmy.

Do celu mieliśmy ponad trzy godziny drogi, więc na trasie mieliśmy też postoje. Jeden z nich był w celu zobaczenia z bliska przepięknego kościółka Hofskirkja, który wyglądał tak, jakby wyrastał spod ziemi. To jeden z ostatnich zachowanych na Islandii kościołów torfowych. Powstał pod koniec XIX wieku i jest użytkowany do dziś. Jego ściany zbudowano z kamienia i darni, a dach porasta gęsta trawa, która latem stapia budynek z otaczającym krajobrazem. Spod kościoła, patrząc w jedną stronę, był widok na góry, natomiast spoglądając w przeciwnym kierunku, na horyzoncie widać było wyraźnie ocean, ponieważ teren jest tam płaski i praktycznie bez żadnych przeszkód terenowych. Krajobraz ten dawał poczucie błogiego spokoju, a czarna ścieżka w stronę horyzontu była wręcz idealnym miejscem na nagranie kolejnego islandzkiego filmiku na TikToka.

Podczas dalszej podróży w stronę lodowca, gdzie towarzyszyła nam playlista złożona z piosenek z bajek Disneya, można było obserwować, jak mijany krajobraz się zmienia – z płaskiego terenu bez cienia śniegu, poprzez góry z ośnieżonymi szczytami, wreszcie po zaszronioną drogę i pola usłane śniegiem dookoła. To był zwiastun, że jesteśmy już prawie na miejscu.

Najpierw udaliśmy się nad lagunę lodowcową, która była po lewej stronie, patrząc w kierunku jazdy. Szybko się okazało, że wcale nie będzie łatwo tam dojść z parkingu, gdyż było strasznie ślisko i pod stopami mieliśmy praktycznie sam lód. Jednak gdy już znaleźliśmy się na ścieżce dla pieszych, szło się zdecydowanie lepiej. Widok błękitnych brył lodowych pozostawia po sobie wrażenie i wtedy naszła mnie myśl, że każdy powinien to chociaż raz zobaczyć na żywo, ponieważ nawet najlepsze zdjęcia nie oddadzą tego, jak pięknie wszystko się tam prezentuje.

Następnie udaliśmy się w kierunku Diamentowej Plaży (Fellsfjara), gdzie od razu na tle czarnego piasku zauważyliśmy większe i mniejsze kawałki lodu, które faktycznie wyglądem przypominały diamenty. Bryły lodu, które leżą na plaży, odrywają się od pobliskiego lodowca i przez lagunę trafiają do oceanu, skąd fale wyrzucają je z powrotem na piasek. Ich ilość zależy od pory roku i pogody – zimą zwykle jest ich więcej, bo wolniej się topią, latem często jest ich mniej, dlatego widok za każdym razem może wyglądać zupełnie inaczej. Byłam jednak trochę rozczarowana, bo miałam nadzieję, że właśnie późnojesienną porą będzie ich więcej, tak jak na tych wszystkich zdjęciach z internetu, ale nie trwało to długo, bo zaraz zajęłam się fotografowaniem tego ciekawego miejsca. Mogłam przy okazji sprawdzić też swoją siłę, podnosząc co większe bryły lodu (czego się nie zrobi dla pamiątkowego zdjęcia!) i przekonać się, że nie można deprecjonować wielkości i siły fal, stojąc na skraju brzegu – przez chęć nagrania tego jednego „aesthetic” filmiku, zalało mi całe buty i nogawki spodni. Miałam szczęście, że miałam pod moim siedzeniem w aucie grzejnik, dzięki czemu wysuszyłam się w drodze powrotnej i ta przygoda nie skończyła się przeziębieniem.

Na ten dzień nie zaplanowaliśmy już więcej atrakcji, ponieważ już w drodze powrotnej złapał nas zmrok. Ale Islandia nie zawodzi – tym razem to ona sama wymyśliła nam rozrywkę na wieczór. Po kolacji, gdy większość z nas przeglądała setki zdjęć wykonanych kilka godzin wcześniej, nagle, nie wiadomo skąd, padła propozycja: jedziemy polować na zorzę polarną! Oczywiście byłam ogromnie ucieszona tym pomysłem, tym bardziej, że niebo było praktycznie bezchmurne. Prognozy zorzowe nie były jednak zbyt optymistyczne – zaledwie kilkanaście procent szans na pojawienie się gwiazdy wieczoru. Szczęście nam jednak dopisało – po kilku minutach jazdy w stronę miejsca niezanieczyszczonego sztucznym światłem, ujrzeliśmy zorzę po lewej stronie. Nawet bez specjalnego kombinowania z ustawieniami aparatu wychodziła bardzo wyraźnie na zdjęciach. Oczywiście nie zadowoliliśmy się jedną miejscówką, dlatego pojechaliśmy dalej, szukając innych kadrów i mając nadzieję, że z każdą minutą będzie stawała się coraz intensywniejsza.

Jadąc przed siebie, zauważyliśmy oświetlony kościół na wzgórzu, który wyglądał bardzo ciekawie, więc postanowiliśmy tam zajechać. Subiektywnie, budynek tego kościoła (Hlíðarendakirkja) miał w sobie jakąś dziwną aurę i mimo że sam był oświetlony, wokół panowały ciemności. Pomijając zorzę – miejsce jak wyjęte prosto z horroru. Okazało się też, że niektóre osoby z naszej ekipy to chyba fani tzw. creepypast1, więc przez kilka minut naszego pobytu na wzgórzu straszyli nas, że widzą w środku kościoła jakieś duchy, a na dodatek próbowali jeszcze otworzyć drzwi – oczywiście bez skutku (przekonaliśmy się już, że wszystkie kościółki na Islandii są zamknięte). Z wielką ulgą w końcu odjechaliśmy, ale opowieści o zjawach jeszcze przez jakiś czas towarzyszyły nam w aucie.

Zrobiliśmy jeszcze jeden postój w miejscu, gdzie były tylko trzy rzeczy: zorza, ciemność dookoła i słyszalny gdzieś w oddali huk wodospadu. Nie będę nic więcej dodawać – w pewnym momencie po prostu wszyscy przestaliśmy robić zdjęcia i, nie zważając na zimno, oglądaliśmy pokaz na żywo zafundowany przez naturę.

Na sam koniec zatrzymaliśmy się jeszcze nieopodal Seljalandsfoss, który jest chyba jedynym wodospadem na Islandii podświetlanym nocą, co moim zdaniem wygląda fantastycznie.

Gdy wróciliśmy do domku, zorza była już tak mocna i dobrze widoczna, że mogliśmy robić jej zdjęcia dosłownie sprzed drzwi (co oczywiście ja i moja przyjaciółka wykorzystałyśmy).

Dzień 3

Nie wiem, z czego to wynikało, ale każdego dnia wyrabialiśmy się rano coraz później, toteż tym razem, gdy słońce było już całkiem wysoko nad horyzontem, ruszyliśmy w drogę. Daleko nie zajechaliśmy, bo musieliśmy obowiązkowo zrobić postój przy swobodnie pasącym się stadku koników islandzkich (i nie tylko my tak pomyśleliśmy, haha), ale kto odmówiłby sobie zatrzymania się i pogłaskania takich słodziaków?

Naszym następnym przystankiem był chyba najbardziej rozpoznawalny islandzki wodospad – Skógafoss. Spada on z wysokości około 60 metrów i robi wrażenie już z daleka, widziany z głównej drogi. Mieliśmy świetną pogodę – świeciło słońce i dzięki temu tuż obok wodospadu pojawiła się tęcza – widok, którego ostatnim razem nie było mi dane zobaczyć, bo było pochmurnie. To dodało wyjątkowości całej chwili. Jak zwykle jednak nawet wodoodporna kurtka niewiele pomogła – po kilku minutach stania bliżej byliśmy cali przemoczeni od unoszącej się mgiełki. Mimo to i tak weszliśmy na górę schodami, a potem poszliśmy dalej szlakiem wzdłuż rzeki Skógá, na której znajduje się wodospad. Widok z góry i kolejne, mniejsze kaskady tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że warto było zmoknąć.

Kolejnym punktem programu dnia trzeciego była tak zwana Yoda Cave, ulokowana w jednym ze wzniesień niedaleko miasteczka Vík. Jej właściwa nazwa to Gígjagjá, ale popularne określenie wzięło się od charakterystycznego otworu skalnego, który przy odpowiednim ustawieniu wygląda jak profil Yody z „Gwiezdnych Wojen”. Sama jaskinia nie jest duża, ale robi wrażenie surowością – ciemne, wulkaniczne skały i światło wpadające przez nieregularny otwór tworzą ciekawy kontrast. Ze środka jaskini widok też jest ciekawy. Do samej linii wody prowadzi niemal jednolite, czarne pustkowie – piasek i zastygła lawa, bez drzew, bez zabudowań, tylko przestrzeń, wiatr i szum fal. To jedno z tych miejsc, gdzie ma się wrażenie, że stoi się na końcu świata, naprawdę. Spędziliśmy tam więcej czasu, niż planowaliśmy, ponieważ dziewczyny robiły wiele zdjęć i filmików, bo z jakiegoś powodu to miejsce było dla nich ikoniczne, chłopaki natomiast postanowili wdrapać się na szczyt wzgórza, co wcale takie łatwe i bezpieczne nie było (trochę żałuję teraz, że nie poszłam z nimi, haha). Natomiast ja wraz z przyjaciółką spacerowałyśmy po tej pustej przestrzeni przed jaskinią i rozmawiałyśmy na tematy o charakterze egzystencjalno-refleksyjnym, co nie było uważam niczym dziwnym przy takiej scenerii.

Ostatnim miejscem, w które pojechaliśmy i którego najbardziej nie mogłam się doczekać (chociaż już tam byłam), był wrak samolotu DC-117 na Sólheimasandur. O samej historii samolotu pisałam pokrótce w poprzednim wpisie o Islandii, dlatego nie będę się powtarzać. Wspomnę tylko o tym, że mając na względzie doświadczenie sprzed roku, że droga do samolotu z parkingu zajmuje około godziny w jedną stronę, a słońce chyliło się już ku zachodowi, postanowiłam wykorzystać zbudowaną przez lato kondycję i po prostu pokonać ten dystans, biegnąc (w końcu to niecałe 4 kilometry, co to dla mnie?). Przystąpiłam więc do realizacji mojego „genialnego” pomysłu, zostawiając resztę grupy w tyle. Czy było warto? Niezbyt. Co prawda byłam na miejscu jakieś 15 minut przed resztą, ale i tak nie mogłam zrobić fajnych fotek, bo byli tam inni ludzie i ciągle wchodzili mi w kadr. Po drugie – w butach trekkingowych okropnie się biega. Po trzecie – przez zimne powietrze okropnie mnie potem piekło w płucach. Bez dwóch zdań nie próbujcie powtarzać tego wyczynu, mówię to w dobrej wierze. W końcu jednak ludzie stamtąd poszli i mogłam przystąpić do fotografowania samolotu z każdej możliwej perspektywy, fotografowania siebie z samolotem, siebie z przyjaciółką i samolotem, itd.

Poniżej znajduje się jedno zdjęcie, na którego zrobieniu bardzo mi zależało; żeby wyglądało ono dokładnie tak, jak wygląda (dlaczego? kto wie, ten wie).

Do samochodu wracaliśmy już praktycznie po ciemku, było nam zimno, a droga strasznie się dłużyła, dlatego skorzystałam ze sprawdzonego rozwiązania, czyli śpiewania piosenek. Repertuar był bardzo zróżnicowany – od pieśni kościelnych, hitów Maryli Rodowicz, poprzez disco polo, aż do piosenek śpiewanych na muzyce w podstawówce (same byłyśmy w szoku, że po tylu latach pamiętamy jeszcze tekst).

Punktem kulminacyjnym miało być jeszcze pójście na wygrzanie się w dzikich gorących źródłach – ale pomysł ten szybko wybiliśmy sobie z głowy, gdyż szukanie drogi w ciemnościach, w nieznanej okolicy i przenikliwym zimnie nie było tym, czego chcieliśmy po wyczerpującym w gruncie rzeczy dniu. Zamiast tego przed snem obejrzałyśmy sobie film.

Tutaj gdzieś miały być te gorące źródła…

Dzień 4

I tak nadszedł dzień czwarty – opuszczamy nasz domek w malowniczej okolicy i kierujemy się w stronę Reykjavíku. Po drodze zahaczamy jeszcze o jedną atrakcję (o którą nie mogłam się doprosić od dwóch dni) – kolejny wrak samolotu, zachowany w zdecydowanie lepszym stanie niż ten, który odwiedziliśmy wczoraj. Wrak znajdował się nieco ponad kilometr od naszego noclegu, więc początkowo nawet miała nieco szalony pomysł, żeby wybrać się do niego spacerkiem pod osłoną nocy, ale nikt niestety nie chciał mi towarzyszyć (a szkoda, bo to na pewno byłoby niesamowite doświadczenie). Do samolotu udała się tylko połowa z naszej grupy, chociaż uważam, że artefakt zdecydowanie był wart pamiątkowej fotki. Przedstawiając pokrótce jego historię: ten wojskowy Douglas DC-3 awaryjnie lądował w 1969 roku na południu Islandii i po problemach podczas hamowania został poważnie uszkodzony. Czteroosobowej załodze nic się nie stało, ale ze względu na koszty naprawy i transportu samolotu jego kadłub został pozostawiony w polu i przez lata służył jako schronienie dla zwierząt oraz plac zabaw dla dzieci z okolicy. W ostatnich latach wrak przeniesiono do Eyvindarholt, niedaleko wodospadu Seljalandsfoss, gdzie stał się malowniczym punktem na mapie tras turystycznych – łatwo dostępnym i mniej zatłoczonym niż słynny wrak DC-117 na czarnej plaży Sólheimasandur.

Następnie chcieliśmy się udać do innych gorących źródeł, rekompensując to, że poprzedniego dnia nam się nie udało, ale gdy dotarliśmy na miejsce i zobaczyliśmy cenę, zgodnie zdecydowaliśmy, że na tym wyjeździe tę rozrywkę definitywnie sobie odpuszczamy. Tak samo nie weszliśmy do parku/ogrodu z dymiącymi rowami w ziemi (coś na kształt gejzerów), gdyż wstęp był płatny. Natomiast pooglądaliśmy to sobie zza ogrodzenia – cóż, budżetowy wyjazd ma być budżetowy, koniec kropka.

Ostatnim przystankiem przed islandzką stolicą była jaskinia Arnarker. Teoretycznie prowadząca do niej droga była chyba zamknięta ze względu na warunki pogodowe, ale wjazd nie był na tyle zagrodzony, żebyśmy nie mogli go ominąć samochodem, więc tak zrobiliśmy. Arnarker to niewielka jaskinia lawowa powstała podczas erupcji wulkanicznej, gdy płynąca lawa zastygła na powierzchni, a jej wnętrze dalej spływało, tworząc pustą przestrzeń. Podobno ma tylko kilkanaście metrów długości, ale będąc w środku mieliśmy wrażenie, że podziemna przestrzeń nie ma końca. Ze względu na brak oświetlenia i zabezpieczeń trzeba w tym miejscu bardzo uważać, przede wszystkim na oblodzone kamienie przy samym wejściu. Szczerze mówiąc, czułam się tam, jakbym była grotołazem i było to bardzo ciekawe doświadczenie. Szczególnie fajnie wyglądały sople zwisające sufitu. Nie zapuszczałyśmy się jednak z dziewczynami daleko w ciemność, ze względów przede wszystkim bezpieczeństwa. Chłopaki natomiast jak zwykle musieli się popisywać, więc zniknęli w głębinach jaskini i w pewnym momencie już zaczęłyśmy się zastanawiać, czy w ogóle żyją, bo długo nie wracali. Na szczęście wróciliśmy stamtąd w komplecie.

Nocleg w Reykjavíku miał być jakiś fancy – bo z jacuzzi. Ale oczekiwania, a rzeczywistość: całe to jacuzzi stało na jakimś niezbyt zadbanym podwórku, a jeszcze się okazało, że pierwotny apartament na 8 osób musieliśmy z winy właściciela zamienić na dwa mniejsze. Jednak nie była to taka zła opcja, bo wyszło na to, że z przyjaciółką miałyśmy całą kawalerkę tylko dla siebie. Między innymi przez to oraz fakt, że każdy miał zróżnicowane plany na spędzenie wieczoru, tym razem nasza grupa się rozdzieliła. My poszłyśmy na wieczorne zwiedzanie centrum stolicy, bo bez sensu było siedzieć i marnować czas, będąc na takim wyjeździe. Na początek ruszyłyśmy w stronę katedry Hallgrímskirkja, czyli chyba najbardziej charakterystycznego punktu Reykjaviku. Miałyśmy szczęście, bo dotarłyśmy tam około 20 minut przed zamknięciem. Bardzo chciałam wejść do środka i zobaczyć wnętrze, bo na poprzednim wyjeździe widziałam ten kościół wyłącznie z zewnątrz. Było warto – mimo surowego wnętrza widok robił wrażenie, tym bardziej, że był w środku podświetlony na kolorowo, a co kilkanaście sekund kolorystyka ta się zmieniała. Po wyjściu nadszedł czas na sesję zdjęciową przed budynkiem, gdyż przy zapadającym zmierzchu wyglądał on wprost bajecznie.

Przed kościołem stoi pomnik także pomnik. Nie jest on byle jaki – przedstawia Leifa Erikssona – islandzkiego wikinga, który według sag jako jeden z pierwszych Europejczyków dotarł do Ameryki Północnej, na długo przed Kolumbem. Znamienne jest to, że postać jest usytułowana tak, jakby spoglądała w stronę oceanu, symbolizując islandzką odwagę i żeglarską historię. Monument został podarowany Islandii przez Stany Zjednoczone z okazji tysięcznej rocznicy pierwszych obrad islandzkiego parlamentu, czyli Alþingi.

Gdy już nacieszyłyśmy oczy widokiem oświetlonej katedry, udałyśmy się na spacer po sklepikach z pamiątkami. Wstąpiłyśmy także do miejscowej księgarni, jak na prawdziwe książkary przystało – i tam właśnie spotkałyśmy resztę naszej grupy. Szczerze mówiąc, nie szukałyśmy niczego konkretnego do kupienia (przynajmniej tego wieczoru), a nawet jeśli jakieś rzeczy przykuły naszą uwagę, zastanawiałyśmy się po kilkanaście razy przed zakupem, zważywszy oczywiście na ceny.

Reykjavík ma też coś, czego nie ma żadna inna stolica na świecie – koty w sklepach z pamiątkami. Tak po prostu. Wchodzisz obejrzeć magnesy, figurki czy też wełniane swetry, a na miękkich szalikach leży sobie kotek, jakby był współwłaścicielem lokalu. Stolica Islandii najwyraźniej stoi kotami, bo te futrzaste „maskotki” nie kończą się na miejscach kupowania pamiątek. Trafiłyśmy też przypadkiem do pracowni artystycznej, która wręcz tematycznie kręciła się wokół tych konkretnych kotów – grafiki, pocztówki, kubki, wszystko w kocim klimacie. I oczywiście w środku był też prawdziwy kot, który zdawał się pilnować interesu oraz jakości ekspozycji. Niestety razem z klimatem szły też ceny – mniej więcej dwa razy wyższe niż w zwykłych sklepach z pamiątkami. Bardzo chciałam kupić sobie jakąś kocią pamiątkę właśnie stamtąd, ale rozsądek (tym razem) wygrał z sercem.

Po kilku godzinach takiego chodzenia zrobiłyśmy się głodne – stwierdziłam więc, że to dobra okazja na spróbowania kultowych islandzkich hot-dogów. Ich tradycja sięga lat 30. XX wieku, a charakterystycznym elementem jest parówka z jagnięciny. Kolejny punkt z listy „must have” odhaczyłyśmy niedługo później, kupując naszą kolację w charakterystycznej czerwonej budce. Co mogę powiedzieć – hot-dogi bardzo nam smakowały, a duże zainteresowanie tym przysmakiem w postaci niekończącej się kolejki do budki tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że trafiłyśmy we właściwe miejsce.

Najedzone i w świetnych humorach ruszyłyśmy w miejsce, na którym w Reykjavíku zależało mi chyba najbardziej – Lækjartorg. Dlaczego właśnie tam? W okresie przedświątecznym na placu pojawia się podświetlany Jólakötturinn, czyli ogromny kot z islandzkiej legendy. Według podań pożera on tych, którzy na Boże Narodzenie nie dostali ani nie kupili sobie żadnego nowego elementu garderoby – chociażby pary skarpetek. Instalacja, rozświetlona setkami światełek, robi po zmroku naprawdę imponujące wrażenie, dlatego tak bardzo chciałam zobaczyć ją właśnie nocą. Następnego dnia również przechodziłyśmy obok kota, ale w dziennym świetle nie prezentował się już tak spektakularnie jak po ciemku.

Po obejrzeniu Jólakötturinn weszłyśmy jeszcze do kilku sklepów z pamiątkami, kierując się w stronę noclegu. Przedtem zaś postanowiłyśmy wstąpić do sklepu spożywczego i kupić sobie jakże wyrafinowaną drugą kolację – mrożoną pizzę – gdyż jeden hot-dog nie zaspokoił całkowicie naszego głodu. Przy okazji wizyty w sklepie, postanowiłam przy sposobności naszego ostatniego wieczoru w Islandii spróbować jakiegoś miejscowego piwa. Jednak nie miałam dużego wyboru – piwa w sklepowej lodówce miały znikomą zawartość alkoholu. To, które wybrałam (z największą ilością procentów) miało… 2,25%! Nawet nie 2,5! Cóż, lepszy rydz niż nic, zważywszy na to, że do 1989 roku zwykłe piwo było na Islandii nielegalne. Także tego ostatniego wieczoru jadłyśmy pizzę, popijając piwem Viking i oglądałyśmy film na koncie kogoś, kto nie wylogował się z Netflixa na telewizorze (nie mamy sobie nic do zarzucenia, za niedbałość i zapominalskość ponosi się konsekwencje!).

Dzień 5

Piąty, a właściwie to szósty dzień był już dniem powrotu, ale na szczęście lot do Polski mieliśmy dopiero w godzinach wieczornych. Po wymeldowaniu się z apartamentu, zostawiłyśmy bagaże w samochodzie i ruszyłyśmy na dalszą eksplorację Reykjavíku, tym razem w świetle dnia. Pierwszym punktem do odhaczenia było znalezienie skrzynki pocztowej i wysłanie kartki do Polski, co szybko załatwiłyśmy. Fun fact: kartka szła tydzień, czyli krócej, niż idzie list polecony z miasta obok2.

Po drodze natknęłyśmy się jeszcze na Tęczową Ulicę – kolorowy fragment Skólavörðustígur prowadzący prosto w stronę Hallgrímskirkja. Namalowana na asfalcie tęcza jest symbolem otwartości i wsparcia dla społeczności LGBTQ+, a na tle charakterystycznej bryły kościoła tworzy jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej fotografowanych kadrów w Reykjavíku.

Wciąż nie byłam do końca zdecydowana, jeśli chodzi o pamiątki, gdyż ostatnim razem już trochę ich przywiozłam, ale ostatecznie kupiłam kilka rzeczy, skutecznie przekreślając mój ambitny plan oszczędzania na tym wyjeździe. Czy żałuję? Absolutnie nie.

Wstąpiłyśmy także do marketu Bónus – odpowiednika naszej Biedronki – żeby kupić jakąś przekąskę na szybko. I w tym miejscu czas na polski akcent, jeszcze inny niż ten, że w kasie samoobsługowej mogłyśmy wybrać język polski. Czyli… Prince Polo. Prince Polo to na Islandii coś więcej niż zwykły wafelek. Trafił tam w latach 50., gdy kraj miał ograniczony dostęp do zagranicznych produktów, a słodycze z Polski okazały się stosunkowo tanie i łatwe do sprowadzenia. Islandczycy szybko go pokochali i przez lata stał się jednym z najczęściej kupowanych batonów w kraju – do tego stopnia, że obecnie wielu zagranicznych turystów nawet nie wie, że to produkt z Polski. Oczywiście musiałam zrobić sobie z nim zdjęcie, bo taka historia aż prosi się o dowód fotograficzny.

Po zakupach ruszyłyśmy w stronę kolejnego charakterystycznego miejsca Reykjavíku – Pomnika Przygody, znanego też jako The Sun Voyager. Rzeźba, zaprojektowana przez Jóna Gunnara Árnasona i odsłonięta w 1990 roku, z okazji 200-lecia miasta, symbolizuje łódź marzeń – hołd dla słońca, wolności i dawnych wikińskich podróży. Na zdjęcie przy rzeźbie musiałyśmy chwilę poczekać, bo chętnych nie brakowało, ale zdecydowanie było warto. Z jednej strony rozciągał się widok na ocean, z drugiej – na nowoczesne wieżowce, które żartobliwie nazwałyśmy „Manhattanem”. Pomiędzy nimi, gdzieś w oddali, wyraźnie przebijała się smukła wieża Hallgrímskirkja. Idealny kadr na zdjęcie – taki, który aż prosi się o podpis w stylu: „tu nowoczesność spotyka się z tradycją”.

Ten spacer był też oczywiście okazją do wielu mniej lub bardziej poważnych „sesji zdjęciowych” (nie oceniajcie proszę, gdzie i z czym chciałam mieć fotkę, to silniejsze ode mnie, okej?).

Tak w ogóle: czy tylko ja widziałam Islandię wyłącznie w towarzystwie potężnych terenówek 4×4, ubłoconych Land Cruiserów i samochodów, które wyglądają, jakby bez problemu mogły przejechać przez rzekę? Tak właśnie ją sobie wyobrażałam, dlatego Reykjavík trochę wywrócił mi ten obraz do góry nogami. Przez półtora dnia w mieście zobaczyłam zaskakująco dużo Tesli, dosłownie co chwilę mijały nas kolejne egzemplarze. Jasne, w mieście to pewnie idealne rozwiązanie, zwłaszcza przy islandzkiej taniej energii i krótkich dystansach, ale i tak mnie to zaskoczyło. Jeszcze bardziej zdziwiłam się, gdy wypatrzyłam aż dwa Fordy Mustangi Mach-E. W kraju, który w mojej głowie był królestwem napędu na cztery koła, nagle zobaczyłam elektrycznego Mustanga – i to nie jednego. I wtedy przestałam udawać dorosłą, poważną osobę – zdjęcia zrobiły się same, a ja tylko „przypadkiem” kręciłam się obok nich zdecydowanie za długo.

W drodze powrotnej do starego centrum miasta poszłyśmy raz jeszcze do słynnej budki po hot-doga, aby tym symbolicznym akcentem zakończyć nasz pobyt w Reykjavíku.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy – nadeszła pora powrotu. Zanim jednak pojechaliśmy na lotnisko, musieliśmy zrobić jeszcze przystanek na myjni, bo cóż – nasze auto było białe, ale po kilku dniach jazdy islandzkimi drogami zmieniło się w ciemnoszare. Nie chcieliśmy, żeby wypożyczalnia doliczyła nam dodatkowe koszty za oddanie samochodu w takim stanie.

I tak oto po umyciu i oddaniu samochodu znaleźliśmy się na lotnisku. Tutaj rzeczywiście już czułam, że moja kolejna podróż na Islandię dobiegła końca. Myśl o powrocie do rzeczywistości przytłoczyła chyba nas wszystkich, ale co mieliśmy zrobić?

W Katowicach wylądowaliśmy gdzieś po 01:00 w nocy. Ambitną studentkę można zaś poznać po tym, że po tygodniowej nieobecności kolejnych zajęć już nie opuści – tak, byłam obecna na ćwiczeniach o 10:30 (nie w Katowicach, w Rzeszowie) po całej nieprzespanej nocy, to się nazywa poświęcenie.


I teraz krótkie podsumowanie – czy udało nam się faktycznie zrobić tę wycieczkę budżetowo? Uważam, że owszem – wszelkie koszty, wliczając w to: loty, bagaż, noclegi, wypożyczenie i ubezpieczenie auta, paliwo, opłaty parkingowe, jedzenie oraz pamiątki, wyniosły nas nieco ponad 3 i pół tysiąca. Jak na 6 dni w tak drogim kraju – to naprawdę niewiele. Grunt w tym, że wyjazd odbył się już poza sezonem turystycznym, stąd te ceny, ale nie było na co narzekać – pogoda udała nam się super, a temperatura przez większość czasu była dodatnia (a w Polsce akurat wtedy były wielkie śnieżyce i kilkanaście stopni poniżej zera, co za paradoks).

Kluczowe pytanie brzmi – kiedy kolejny wypad na Islandię? Mam nadzieję, że jak najszybciej, bo zdążyłam się po raz kolejny przekonać, że tęsknota za tym miejscem nie mija, a wręcz tylko się nasila. Tym razem jednak myślę, że będzie to wyjazd nie stricte turystyczny, ale połączony z celem zarobkowym. A potem może już na stałe…?

  1. Creepypasta – krótka internetowa historia grozy, najczęściej fikcyjna, rozpowszechniana w sieci w formie kopiowanego i udostępnianego tekstu, mająca wywołać niepokój lub strach. ↩︎
  2. Brawo Poczta Polska! ↩︎