Od dziecka miałam gdzieś w głowie to marzenie: „kiedyś tam pojadę”. Tylko że zawsze znajdowały się bardziej priorytetowe podróżnicze destynacje,
a Indie wydawały się krajem tak innym od wszystkiego, co dotychczas znałam: trochę onieśmielającym, a jednocześnie fascynującym. To była taka podróżnicza fantazja, którą odkłada się na później, bo wciąż pojawiają się „bardziej rozsądne” kierunki.

I nagle los postanowił wyręczyć moje niezdecydowanie. Dowiedziałam się, że mój kuzyn z Ameryki żeni się z Hinduską, a wesele odbędzie się
w Mumbaju i potrwa aż pięć dni. Cała rodzina została zaproszona, więc decyzja była dla mnie oczywista – nie mogło mnie tam zabraknąć! Rodzina na początku była w siódmym niebie – wizja egzotycznego wesela w Indiach brzmiała jak scenariusz z filmu Bollywood. Ale im bliżej wyjazdu, tym pojawiało się coraz więcej wymówek. Najpierw padło: „za daleko a potem powstała cała księga rodzinnych obaw: „na pewno się zatrujemy, przecież tam wszędzie brudno, śmierdząco, krowy na ulicach, a małpy skaczą po ludziach”. I tak krok po kroku entuzjazm topniał, aż nagle okazało się, że z całej drużyny chętnych zostałam tylko ja.

Nawet mój mąż odpadł, zostawiając mnie samą z walizką i rozterkami. Ale od czego ma się przyjaciół z którymi możesz lecieć na koniec świata
i jeszcze dalej? Wystarczyło jedno pytanie, a w oczach przyjaciółki od razu zobaczyłam tę błyskawiczną gotowość do przygody. Ani chwili zastanowienia, żadnych kalkulacji – tylko entuzjastyczne „lecę z tobą!”.
I tak oto zyskałam idealną kompankę do podbijania Indii. Plan? Najpierw pięciodniowe indyjskie wesele w Mumbaju, a potem tygodniowa ekspedycja na własną rękę. Zero wymówek, maksimum wrażeń.

Pierwsze kroki w stronę Indii

Zanim ruszyłyśmy na podbój Indii, trzeba było ogarnąć kilka niezbędnych formalności. Paszport – wiadomo. Wiza – tu już zaczęły się schody. Indyjska platforma wizowa potrafi doprowadzić człowieka do białej gorączki, więc po serii frustracji i około dwudziestu próbach udało nam się wreszcie wysłać wniosek. Sukces okupiony nerwami, ale cóż – nikt nie mówił, że będzie łatwo. Do tego dochodziły szczepienia. Do Indii nie są obowiązkowe, więc każdy decyduje sam. My postawiłyśmy na klasykę – dur brzuszny i WZW typu A. W stanie Maharasztra ryzyko zachorowania na malarię jest umiarkowane, ale ponieważ wybierałyśmy się w marcu,
a leki przeciwmalaryczne mogę mieć różne skutki uboczne, zdecydowałyśmy się ich nie brać. Zamiast tego wyposażyłyśmy się
w mocne repelenty. No i oczywiście prezenty – pakiet najlepszych polskich słodyczy plus kilka suwenirów dla naszej nowej rodziny. Tak przygotowane mogłyśmy ruszać.

Nasza podróż zaczęła się w Warszawie. Do Mumbaju poleciałyśmy dreamlinerem – Boeingiem 787-8. I muszę przyznać: to był lot czystej przyjemności. Na start rozdano kocyki, poduszki, chusteczki odkażające
i słuchawki. Do tego od razu dwie darmowe dolewki wina, humory poszybowały w górę razem z samolotem.

Do tego co chwilę nowy posiłek. Wygrałyśmy losy na loterii, zamawiając opcję wegetariańską i lekkostrawną. Nasze kolacje podano szybciej niż wszystkim, którzy wybrali tradycyjny zestaw, ku ukradkowym spojrzeniom głodnych pasażerów z sąsiednich foteli i naszym cichym uśmieszkom w stylu „VIP-y na pokładzie”. Do tego przekąski, kolejna „lampka wina: i film „O Yeti!”. Z takim zestawem wpatrywałyśmy się
w chmury jak w najlepsze kino. Ekspresowa drzemka – i zanim zdążyłyśmy się zorientować –  samolot lądował w Mumbaju. A my
z wypiekami na twarzy szykowałyśmy się na kolejną przygodę życia.

Mumbai: chaos, Ganesza i pierwsze sari (czyli jak przeżyć pierwszy dzień w Indiach)

Do Mumbaju przyleciałyśmy wieczorem. Z lotniska odebrała nas nasza rodzinka i bezpiecznie „przetransportowała” do hotelu. Przyleciałyśmy trzy dni przed weselem specjalnie po to, żeby mieć chwilę na aklimatyzację i pierwsze eksplorowanie miasta, zanim zacznie się bollywoodzka weselna maratonowa przygoda.

Po odespaniu jet lagu pierwszy dzień przeznaczyłyśmy na poznanie Mumbaju oczami lokalnych mieszkańców. Rano, po śniadaniu, przyjechała po nas żona kuzyna i zaprosiła nas do swojego rodzinnego domu. Pierwszy kontakt z miastem był dla nas jednocześnie szokujący
i mocno przebodźcowujący. Zakorkowane ulice, stragany z owocami, tłumy ludzi, psy, rikszarze… a do tego wszystko dzieje się naraz
i wszędzie. Przejście przez ulicę było jak mini survival. Żeby dotrzeć na drugą stronę, trzeba wejść prosto w potok riksz, motorów i samochodów, usłyszeć koncert klaksonów na swoją cześć i odważnie przeciskać się centymetr po centymetrze.

Żona kuzyna przyjechała po nas rikszą – trójkołową taksówką, która
w naszym przypadku była napędzana silnikiem elektrycznym. Sama przejażdżka okazała się niesamowitym doświadczeniem, choć pierwszy kontakt z indyjską „komunikacją miejską” potrafi nieźle zaskoczyć. Zdecydowanie nikt tutaj nie przejmuje się przepisami ruchu drogowego… o ile one w ogóle istnieją. Kierowcy trąbią absolutnie non stop. Serio, 24 godziny na dobę. Podobno trąbią ci, którzy się spieszą, więc w takim razie spieszy się dosłownie każdy mieszkaniec Indii. W wielu rikszach można zobaczyć małe figurki boga Ganeszy – hinduskiego boga sprytu i sukcesu, usuwającego przeszkody, przedstawianego z głową słonia. Jego podobizna pojawia się dosłownie wszędzie: w domach, sklepach i na straganach, bo ma przynosić szczęście i chronić przed pechem. I chyba faktycznie działa, bo mimo totalnego drogowego chaosu nikt tu jakimś cudem nie ginie pod kołami pędzącej rikszy – wygląda na to, że Ganesza ma w Mumbaju pełne ręce roboty.

Po dotarciu do domu naszej nowej rodziny zostałyśmy przyjęte niezwykle ciepło. W Indiach zawsze ściąga się buty przed wejściem do czyjegoś domu, to ważny gest szacunku. Przywitanie było od razu konkretne: chicken curry i domowe chlebki naan, które dosłownie rozpływały się
w ustach. Co ciekawe, aż około 44% Hindusów to wegetarianie, a około 83% deklaruje, że ogranicza mięso. Moja rodzina należy do tej drugiej grupy – kurczaka jedzą okazjonalnie, więc tym bardziej było mi miło, że przygotowali go specjalnie dla nas. Nawet w „łagodniejszej wersji” dania
|i tak były ostre jak ogień. Kolejnym zaskoczeniem było to, że większość posiłków je się rękami. Teoretycznie wiedziałam o tym wcześniej… ale praktyka wygląda zupełnie inaczej. Do picia dostałyśmy chai z mlekiem – herbatę z przyprawami, będącą pamiątką po czasach brytyjskiej kolonizacji. W środku cynamon, kardamon, imbir… i ogromną ilością cukru.

Po obiedzie oglądaliśmy mecz krykieta Indie-Nowa Zelandia, który okazał się absolutnie kultowym sportem w Indiach. „Mama” kibicowała tak, jakby to był finał mistrzostw świata. Urzekł nas też mały domowy ołtarzyk oraz dekoracje przygotowane już pod wesele. „Papa” opowiedział nam również legendę o Ganeszy.1

Potem ruszyłyśmy na miasto w poszukiwaniu sari na wesele.

I to dopiero było doświadczenie.

Przeszłyśmy kilka sklepów, szukając idealnego materiału. Do każdego
z nich wchodziło się na bosaka – znów trzeba było zdjąć buty przed wejściem. Nasze stopy nigdy w życiu nie były tak brudne. Na początku żartowałyśmy, że wrócimy do Polski z pamiątką w postaci grzybicy, ale po kilku minutach… przestało nam to przeszkadzać. W pewnym momencie po prostu zaakceptowałyśmy fakt, że w Indiach higiena psychiczna polega na odpuszczaniu.

Zakupy wyglądały zupełnie inaczej niż u nas. Sprzedawca pytał, jakie kolory i wzory nas interesują, a potem… siadałyśmy na ziemi w kółku. On przynosił kolejne materiały, rzucał je przed nami i rozwijał, a my wybierałyśmy jak w jakimś królewskim pokazie tkanin. Po dłuższej chwili zdecydowałam się na bordowo-złote i niebieskie sari.

Żadne sari nie miało z góry ustalonej ceny, trzeba ją było wynegocjować. Należy też dodać jedno: biały człowiek w Indiach prawie zawsze zapłaci więcej. Nawet jeśli wydaje nam się, że świetnie negocjujemy, to i tak zapłacimy więcej niż indusi. Właśnie dlatego „mama” poprosiła nas, żebyśmy nie wchodziły do sklepów, dopóki nie wynegocjuje ceny – bo gdyby sprzedawca zobaczył nas od razu, kwota byłaby pewnie pięciokrotnie zawyżona. Tak więc podczas negocjacji chowałyśmy się grzecznie z boku, jakbyśmy były częścią tajnej operacji pod kryptonimem „nie pokazuj białych turystek”.

Sari to tak naprawdę kilka metrów materiału, które owija się wokół ciała trochę jak naleśnik. Górę stroju kupuje się osobno, to krótki top. Co ciekawe, w Indiach odkryty brzuch nikogo nie dziwi, ale za to ramiona
i biust powinny być raczej zakryte – na to zwraca się większą uwagę.

Nasze topy okazały się trochę za duże, więc oddałyśmy je do przeróbki
u ulicznego krawca. Koszt? Około 3 złote. Na zakończenie dnia kupiłyśmy świeżą wodę kokosową prosto z kokosa u ulicznego sprzedawcy. Do dziś pamiętam ten lekko słodki, orzeźwiający smak. Serio… jakby ktoś mógł teleportować takie kokosy do Polski, byłabym jego wierną klientką do końca życia.

Zwiedzanie Mumbaju na własną rękę (prawie)

Kolejne dwa dni przed weselem postanowiłyśmy wykorzystać na zwiedzanie na własną rękę. Nie chciałyśmy przeszkadzać rodzinie, która była pochłonięta intensywnymi przygotowaniami do pięciodniowego weselnego maratonu. Pierwszy dzień zaplanowałyśmy na zwiedzanie Mumbaju i choć w teorii byłyśmy „samodzielne”, w praktyce nie czułyśmy się jeszcze na tyle pewnie, żeby rzucić się w ten miejski chaos bez wsparcia. Dlatego wynajęłyśmy przewodniczkę oraz kierowcę.

Mimo wszystko był to naprawdę świetny dzień i udało nam się zobaczyć sporo miejsc, które pokazały nam różne oblicza Mumbaju: od kolonialnego przepychu, przez codzienność mieszkańców, slumsy aż po spokojniejsze, zielone zakątki miasta.

Gateway of India (Brama Indii)

To chyba najbardziej rozpoznawalny symbol Mumbaju. Monumentalna brama stojąca nad samym morzem, zbudowana
w czasach brytyjskich na powitanie królewskich gości. Niestety, kiedy my tam byłyśmy, trwał remont, więc całość była częściowo zasłonięta. Ale nawet
w rusztowaniach wyglądała majestatycznie i robiła wrażenie.

Taj Mahal Palace Hotel

Tuż obok Gateway of India stoi ikona luksusu: hotel Taj Mahal Palace. Piękny, historyczny budynek, który wygląda jak żywcem wyjęty
z filmu. Z zewnątrz jest absolutnie bajkowy i ciężko się nie zatrzymać choćby po to, żeby chwilę na niego popatrzeć.

Chhatrapati Shivaji Maharaj Terminus

Ten dworzec kolejowy to architektoniczne szaleństwo. Ogromny, bogato zdobiony, wyglądający bardziej jak pałac albo katedra niż miejsce,
z którego odjeżdża pociąg. Jest to jedno z tych miejsc, gdzie człowiek staje i zastanawia się, jakim cudem ktoś wpadł na pomysł, żeby aż tak ozdabiać… dworzec.

Dhobi Ghat

To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc
w Mumbaju: gigantyczna „pralnia pod chmurką”. Setki ludzi ręcznie piorą tam ubrania w betonowych wannach, a potem rozwieszają je w ogromnych ilościach. Co ciekawe, z usług Dhobi Ghat korzystają nie tylko mieszkańcy, ale też hotele, restauracje, a nawet szpitale – to takie gigantyczne centrum prania, które obsługuje pół Mumbaju. Widok robi wrażenie, ale jednocześnie jest trochę przytłaczający, bo pokazuje ciężką codzienność mieszkańców i to, jak wygląda praca w Indiach.

Muzeum Gandhiego

Miejsce spokojniejsze
i bardziej refleksyjne. Można zobaczyć pamiątki związane
z Mahatmą Gandhim, zdjęcia
i przedmioty z jego życia. Po całym miejskim chaosie była to fajna chwila oddechu i coś zupełnie innego niż typowe „turystyczne must-see”.

Hanging Gardens

Na koniec trafiłyśmy do Hanging Gardens – zielonych ogrodów położonych na wzgórzu, z których rozciąga się widok na miasto. To idealne miejsce, żeby na chwilę uciec od hałasu, usiąść na ławce
i udawać, że nie istnieje ruch drogowy Mumbaju.

Podczas zwiedzania często miałyśmy problem ze zrozumieniem naszej przewodniczki, a także innych napotykanych osób. Nie jesteśmy przyzwyczajone do silnego hinduskiego akcentu i charakterystycznej intonacji – to zdecydowanie wyższy level języka angielskiego. Z drugiej strony mam wrażenie, że oni też czasami patrzyli na nas jak na kosmitki, próbując zrozumieć nasz europejski akcent.

Nasza jasna skóra przykuwała uwagę miejscowych w stopniu, którego kompletnie się nie spodziewałyśmy. Myślałyśmy, że Mumbaj jest przyzwyczajony do turystów, ale okazało się, że dwie młode, białe dziewczyny wciąż są dla wielu osób atrakcją samą w sobie.

Co chwilę ktoś prosił nas o zdjęcie. Albo… po prostu robił nam zdjęcie ukradkiem. Czasem nawet nie ukradkiem, tylko całkiem bezczelnie z boku. Najczęściej odmawiałyśmy, bo nie miałyśmy ochoty stać się bohaterkami czyjejś historii pt. „moja biała dziewczyna z Europy”. W najbardziej optymistycznym scenariuszu chodziło tylko o pochwalenie się znajomym: „patrz, mam zdjęcie z białym człowiekiem”.

W pewnym momencie nasza przewodniczka zapytała nas zupełnie serio, czy to jest nasz naturalny kolor skóry. Byłyśmy kompletnie zdezorientowane. Dopiero później dowiedziałyśmy się, że w Indiach jasna cera jest ogromnym ideałem piękna, a wiele kobiet używa kosmetyków wybielających, żeby rozjaśniać skórę. My w Europie robimy wszystko, żeby się opalić, a tam – dokładnie odwrotnie. Chyba naprawdę jest tak, że zawsze najbardziej pragniemy tego, czego nie mamy.

Tego dnia odwiedziłyśmy też lokalny market. Kupiłyśmy świeże figi, herbatę chai masala, zielono-miętową herbatę (dopiero w Indiach zrozumiałam, jak smakuje prawdziwa herbata), a do tego… około pięciu kilogramów przypraw.

Cynamon, kardamon, curry, masala, ostra papryka… wszystko pachniało tak intensywnie, że już wtedy wiedziałyśmy, że po powrocie nasza walizka będzie pachnieć Indiami jeszcze przez najbliższe pół roku. Plan? Przewieźć to w bagażu podręcznym. I w tym momencie jedyne co mogłam powiedzieć to: Ganeszo, miej nas w swojej opiece.

Po półdniowym zwiedzaniu Mumbaju poczułyśmy się już na tyle odważne, że wieczorem postanowiłyśmy ruszyć same na podbój okolicy wokół hotelu. W końcu co może się wydarzyć podczas niewinnego spaceru „zobaczymy co jest za rogiem”?

Chaos, tłum, stragany, psy, hałas, nieustanne trąbienie riksz – wszystko działo się naraz. Ludzie próbowali nam wciskać biżuterię, chusty i inne produkty, dosłownie wkładając je nam do rąk. Zaczepiały nas kobiety
i dzieci prosząc o pieniądze, a do tego miałyśmy wrażenie, że jesteśmy obserwowane przez absolutnie wszystkich.

Mimo wszystko szłyśmy dalej i byłyśmy świadome , że dawanie pieniędzy dzieciom – choć serce bardzo tego chce – często nie jest realną pomocą. W wielu miejscach dzieci są częścią większego systemu żebractwa, który działa jak dobrze naoliwiona machina, a pieniądze trafiają do dorosłych, którzy nimi „zarządzają”.

Tak samo nie dałyśmy sobie niczego wcisnąć. Po prostu szłyśmy dalej, ignorując zaczepki, choć było to bardzo męczące. Najlepsze było to, że podczas drugiego przejścia tą samą trasą zrobiło się spokojniej. Sprzedawcy chyba zorientowali się, że nie jesteśmy łatwym celem. A my? My zaczęłyśmy przechodzić przez ulicę jak lokalsi – pewnym krokiem, bez strachu, wchodząc w ruch uliczny jakbyśmy robiły to od zawsze. I wtedy poczułyśmy, że Mumbaj zaczyna nas powoli wciągać.

Wyspa Elefanta: małpy, prom, banan jako waluta i jaskinie pełne historii

Podczas naszego pobytu w Indiach poznałyśmy wiele kontrastów Mumbaju, które absolutnie szokują. Z jednej strony smukłe, nowoczesne wieżowce, a tuż obok slumsy. W całych Indiach szacuje się, że około 40% mieszkańców dużych miast żyje w slumsach lub w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Te ogromne dysproporcje społeczne to jeden z najbardziej uderzających aspektów podróży po tym kraju, bogactwo i nowoczesność sąsiadują tu z biedą i brakiem podstawowych udogodnień, i to dosłownie kilka kroków od siebie.

Co nas też mocno rozbiło, to sposób, w jaki wiele osób traktowało nas
w restauracjach czy hotelach. Obsługa zwracała się do nas bez przerwy „Ma’am” i chodziła wokół nas jakbyśmy były jakimiś arystokratkami albo gwiazdami filmowymi. Nie spodobało nam się to zupełnie, bo w rzeczywistości nie jesteśmy tu ani celebrytkami, ani kimś „ważnym”.
I chociaż część z tego zachowania była pewnie przejawem uprzejmości, to ostatecznie brzmiało bardziej… dystansująco niż gościnnie.

Postanowiłyśmy więc przełamać dystans i spróbować spojrzeć na to inaczej. Nauczyłyśmy się kilku podstawowych zwrotów po hindi – a to miało sens, bo Indie są językowym kosmosem: mówi się tam ponad 120 językami, a w Maharasztrze dominuje marathi i hindi. Kilka prostych słów, uśmiech i odrobina otwartości sprawiły, że szybko zaczęłyśmy łapać lepszy kontakt z ludźmi a nawet zyskałyśmy nowego przyjaciela
z hotelowej recepcji, który swoją życzliwością i serdecznością totalnie nas ujął i na zawsze zostanie w moim serduszku.

Podczas trzeciego dnia pobytu w Mumabju postanowiłyśmy wybrać się na Wyspę Elefanta – niewielką wysepkę na wodach zatoki Arabskiego Morza, która słynie przede wszystkim ze starych jaskiń i rzeźb wyrzeźbionych w skale oraz niesamowitej atmosfery. Na wyspę można dostać się tylko jednym sposobem; promem wypływającym spod Bramy Indii, co samo w sobie było już fajną morską mini-przygodą.

Pierwsza zasada Wyspy Elefanta brzmi: nie ufaj małpom. Te małe gangsterki są kompletnie uzależnione od jedzenia turystów i potrafią
w sekundę wyrwać ci z ręki banana, butelkę wody, a nawet telefon. I nie licz na to, że oddadzą łup z dobroci serca, jeśli chcesz odzyskać smartfona, często trzeba je przekupić bananem albo innym smakołykiem.
W przeciwnym razie możesz wrócić z wycieczki… bez telefonu i bez honoru.

Największą atrakcją wyspy są słynne Jaskinie Elefanta, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To kompleks świątyń wykutych w skale, pochodzących głównie z okresu między V a VIII wiekiem. Dawniej miejsce to było ważnym centrum religijnym, a jaskinie służyły jako świątynia poświęcona bogu Śiwie. I powiem szczerze – kiedy weszłyśmy do środka, miałyśmy wrażenie, że przeniosłyśmy się w czasie.

W jaskiniach znajdują się ogromne kamienne rzeźby przedstawiające sceny z hinduistycznej mitologii. Najbardziej znana jest monumentalna płaskorzeźba Trimurti, czyli trójpostaciowy Śiwa – symbolizujący jednocześnie stworzenie, ochronę i zniszczenie. Jest to największa
i najbardziej imponująca rzeźba na całej wyspie, a jej rozmiar robi takie wrażenie, że człowiek automatycznie mówi ciszej, jakby bał się obudzić historię.

Oprócz tego można zobaczyć także inne sceny związane z życiem
i legendami Śiwy – tańczącego Śiwę, Śiwę w roli wojownika czy sceny przedstawiające bogów i demony. Wszystko jest wykute w jednym, surowym kamieniu, a mimo upływu setek lat rzeźby nadal wyglądają majestatycznie.

Oczywiście na wyspie nie mogło zabraknąć klasycznych straganów
z pamiątkami. Można tam kupić dosłownie wszystko: magnesy, biżuterię, kolorowe chusty, drewniane ozdoby… a pewnie i pół wyspy, gdyby ktoś akurat miał wystarczająco dużo rupii.

Nasz przewodnik również postanowił zadbać o nasze „lokalne doświadczenie” i przygotował dla nas specjalną ofertę, dzięki której miałyśmy rzekomo „nie przepłacić”. Brzmiało profesjonalnie… dopóki nie okazało się, że zniżkę dostaniemy w sklepie z pamiątkami należącym do jego brata. Sprytnie, trzeba przyznać. Indyjska przedsiębiorczość
w czystej postaci.

Najbardziej spodobały mi się ręcznie rzeźbione słoniki wykonywane przez miejscowych mieszkańców. Wyglądały naprawdę wyjątkowo, więc kupiłam jednego bez wahania, nieświadoma, że tydzień później znajdę identyczne słoniki wyrabiane przez „lokalnych mieszkańców” Agry, oddalonej o około 1200 km od Mumbaju. W każdym razie nie żałuję, mój słonik do dziś stoi na półce w moim podróżniczym kąciku i za każdym razem przenosi mnie myślami z powrotem na tę wyspę.


Po tej wycieczce czułyśmy, że Indie trzeba poznać bliżej, żeby naprawdę zrozumieć ten kraj – jego ludzi, kontrasty, zwyczaje i energię. Po trzech dniach pełnych wrażeń zaczęłyśmy się już szykować na to, co czekało nas dalej: na hinduskie wesele, które miało być kolejną, jeszcze większą dawką niezapomnianych doświadczeń.

Ciąg dalszy nastąpi…


  1. Legenda o bogu Ganeszy w pigułce
    Parwati ulepiła z gliny chłopca i ożywiła go, żeby pilnował jej drzwi, gdy odpoczywała. Kiedy przyszedł Śiwa, chłopiec nie chciał go wpuścić, bo wiernie wykonywał polecenie matki, a rozgniewany bóg w jednej chwili odciął mu głowę. Parwati zalała się łzami i wpadła
    w rozpacz, więc Śiwa, chcąc naprawić swój błąd, kazał przynieść głowę pierwszego napotkanego zwierzęcia i tak chłopiec otrzymał głowę słonia. Wrócił do życia jako Ganesza, mądry i dobry opiekun, który od tej pory pomaga ludziom pokonywać przeszkody i przynosi szczęście na początku każdej ważnej drogi. ↩︎