Kolejna część moich indyjskich wspomnień to zdecydowanie najbardziej niesamowite doświadczenie pod względem kulturowym – hinduskie wesele. Jeżeli myślimy, że jako Polacy umiemy się bawić, to chyba zapominamy o Hindusach, którzy, jak już robią wesele, to z prawdziwym rozmachem. I to nie jednodniowym. U nich wesele potrafi trwać… pięć dni.

Już od pierwszych chwil wiedziałam, że nie będzie to zwykła uroczystość, a raczej zanurzenie się w zupełnie innym świecie. Hinduskie wesela od zawsze kojarzyły mi się z całą gamą kolorów, zapachów, symboli
i różnorodnych wrażeń. Muszę przyznać, że w rzeczywistości było jeszcze bardziej kolorowo i dynamicznie, niż byłam w stanie sobie wyobrazić.

Skoro mowa o symbolice – w hinduizmie ogromne znaczenie ma numerologia, czyli dziedzina zajmująca się interpretacją liczb. Są od tego nawet fachowcy… numerolodzy (w tym momencie aż sama zaczęłam się zastanawiać, czy taki zawód naprawdę istnieje, czy może moja bogata wyobraźnia pod wpływem wspomnień z hinduskiego wesela wymyśla coraz bardziej kreatywne określenia). Okazuje się jednak, że tak – zawód numerologa jak najbardziej istnieje, a w Indiach jest wręcz powszechny.

Pary młode w Indiach często konsultują się z numerologiem, żeby wybrać odpowiednią datę ślubu. Jeśli myślisz, że planowanie wesela w Polsce to wyzwanie, to zapraszam do Indii. Tam nie wybiera się daty według wolnego terminu sali – data musi zostać zaakceptowana przez specjalistę. A jakby tego było mało, dochodzi jeszcze astrolog, który sprawdza układ planet, znaki zodiaku i fazę księżyca. Dopiero wtedy można mówić o „idealnym terminie”. Cóż… biorąc to wszystko pod uwagę, rezerwacja sali weselnej w Polsce chyba nie brzmi już aż tak groźnie, prawda?

Uprzedzam od razu: to nie będzie krótki opis. Przez te 5 dni działo się tak wiele, że gdybym chciała wszystko streścić, musiałabym pominąć połowę tej magii, a na to absolutnie nie mogę sobie pozwolić. Dlatego zaparzcie sobie herbatę, rozsiądźcie się wygodnie i pozwólcie, że opowiem wam
o świecie hinduskich rytuałów, kolorów i weselnej magii. Gotowi?

Dzień 1: Bindi, kurkuma i henna – czyli pierwsze zanurzenie w hinduskiej tradycji

Jednym z pierwszych punktów programu pierwszego wieczoru było oficjalne powitanie oraz wymiana prezentów pomiędzy obiema rodzinami. Zaraz po tym razem z moją ciocią i kuzynką zostałyśmy wytypowane na „przedstawicielki” rodziny pana młodego. W podobny sposób wybrano trzy kobiety ze strony panny młodej. Wspólnie usiadłyśmy przy stole, umyłyśmy dłonie w misce z wodą, a następnie zjadłyśmy wspólny posiłek. Był to symbol akceptacji, połączenia rodzin i oficjalnego powitania rodziny pana młodego. Zostałyśmy również pobłogosławione, a kobiety śpiewały tradycyjne pieśni. To był niezwykle symboliczny moment, który oznaczał, że rodzina panny młodej oficjalnie nas akceptuje, okazuje szacunek wobec matki pana młodego oraz jego „sióstr”, a przede wszystkim traktuje nas jak część swojej rodziny. Był to gest bardzo wzruszający
i niezwykle ważny. Moja przyjaciółka pięknie się wtedy „zrehabilitowała”, błogosławiąc całą rodzinę w naszym imieniu, oraz śpiewając im jedną
z naszych polskich pieśni.

Bindi – czerwona kropka na czole

Tego samego dnia spotkała nas jedna z najbardziej charakterystycznych hinduskich tradycji – namalowano nam na czole czerwoną kropkę zwaną bindi. Od razu wróciło wspomnienie z dzieciństwa: bal przebierańców, ja jako hinduska księżniczka i mama, która maluje mi kropkę czerwoną farbą. Tylko że wtedy to była zabawa,
a teraz… prawdziwe bindi namalowała mi hinduska „babcia”, wypowiadając przy tym błogosławieństwo.

Bindi nosi się między brwiami, w miejscu zwanym „trzecim okiem” lub ajna chakra, które symbolizuje intuicję i duchową energię. Dziś jest często ozdobą, ale dawniej oznaczało zamężną kobietę. Czerwony kolor ma przynosić siłę, szczęście i ochronę. Podobnie jak sindoor – czerwony proszek nakładany przez męża w przedziałek włosów podczas ceremonii ślubnej.

Haldi – rytuał kurkumy

Jednym z najważniejszych aspektów hinduskiego wesela jest niezaprzeczalnie… kurkuma. Haldi (czyli w języku hindi dosłownie „kurkuma”) to nazwa rytuału, podczas którego korzenie kurkumy są mielone w specjalnym młynku, a następnie ucierane na intensywnie żółtą pastę. Pierwszy dzień wesela polegał właśnie na wspólnym ucieraniu kurkumy, co samo w sobie było świetną zabawą. Robiliśmy to w parach, samodzielnie i grupowo, a każdy wzajemnie się dopingował, śmiał, tańczył i pilnował, żeby nikt z rodziny nie został pominięty w tym obrzędzie. Do pasty czasem dodaje się również olej kokosowy, wodę różaną lub mleko.

A po co właściwie przygotowuje się pastę z kurkumy? Rodzina
i przyjaciele nakładają ją na przyszłych małżonków jako symboliczne przygotowanie do nowej roli – męża i żony (ale to temat na trzeci dzień wesela).

Tatuaże z henny

Kolejnym niesamowicie intrygującym momentem pierwszego dnia wesela było robienie tatuaży z henny. I to nie byle jakich, na tę okazję wynajęto profesjonalnych tatuażystów, którzy w gotowości czekali, aby zacząć zdobić nasze dłonie i ręce. Muszę przyznać, że wychodziło im to przepięknie. Mandale, kwiaty i wijące się linie układały się na skórze jak małe dzieła sztuki.

Nie mogąc się doczekać, zajęłam pierwsze wolne stanowisko, natomiast moja przyjaciółka podeszła do tematu strategicznie i przez dłuższą chwilę obserwowała pracę wszystkich artystów. Opłaciło się, bo jej tatuażysta stworzył prawdziwe arcydzieło – pawie i roślinne motywy wyglądały jak namalowane z ogromną precyzją i sercem. Nie ukrywam, że byłam lekko zazdrosna, bo mój tatuaż, choć piękny, wyglądał trochę jak wykonany „hurtowo”. Miałyśmy nawet teorię spiskową, że moja przyjaciółka wpadła w oko swojemu tatuażyście, bo nikomu innemu nie namalował tak pięknych pawi! A że paw jest symbolem miłości i piękna… to może coś było na rzeczy.

Po zakończeniu mojego tatuażu rodzina zaczęła mnie namawiać, żebym wplotła w wzór imię męża – bo to podobno bardzo popularne. Żeby sprostać tradycji, poprosiłam więc o wpisanie imienia „Arek”. Wyszło dość zabawnie, bo zostało umieszczone centralnie na środku dłoni i wyglądało jak pieczęć informująca, że męża już posiadam.

Tatuaże z henny nazywane są mehndi i mają głębokie znaczenie symboliczne. Wykonuje się je z naturalnego barwnika z rośliny henny,
a ich najważniejsze znaczenie to oczywiście miłość. Im ciemniejszy
i bardziej skomplikowany wzór, tym – według wierzeń – silniejsza więź między małżonkami (moja miłość musi być naprawdę potężna, skoro „Arek” zmył się dopiero na samym końcu).

Szklane bransolety

Kolejnym ciekawym elementem pierwszego dnia wesela był wybór szklanych bransoletek, nazywanych fachowo chooda lub bangles. Na uroczystość zaproszono pana, który przywiózł ze sobą setki bransoletek, a każda dziewczyna mogła wybrać coś dla siebie.

Klasyczne bransoletki były zielone ze złotymi pręgami, ale dostępne były również inne warianty w odcieniach zieleni i niebieskiego. Ilość bransoletek była już kwestią indywidualną. Według tradycji powinno nosić się je aż do ślubu, ponieważ symbolizują ochronę, błogosławieństwo i przygotowanie do roli żony. Teoretycznie nie powinno się ich zdejmować, bo oznaczałoby to przerwanie symbolicznej ochrony… ale w praktyce spanie w szklanych bransoletkach brzmi jak proszenie się o kłopoty, więc u nas nikt nie podchodził do tego aż tak konserwatywnie.

Co ciekawe, nawet dźwięk bransoletek ma znaczenie duchowe – ich charakterystyczne „brzdękanie” ma rzekomo symbolizować obecność mężatki w domu i przyciągać pozytywną energię.

Największym wyzwaniem okazało się jednak nie ich założenie,
a… ściągnięcie. Trzeba było się naprawdę nagimnastykować,
a bransoletki pękały wyjątkowo łatwo. Do samej ceremonii obstawiam, że polska część rodziny straciła co najmniej połowę swoich. Sama jakimś cudem zniszczyłam tylko jedną bransoletkę, a reszta wróciła ze mną do Polski jako pamiątka (i ozdoba na polskich weselach, bo zaliczyła już trzy imprezy, idealnie pasując do mojej butelkowo-zielonej sukni).

Dzień 2: Holika Dahan – między świętym ogniem a Panem Tadeuszem

Drugiego dnia wyjechałyśmy z Mumbaju do Lonavali, niewielkiej miejscowości położonej w górach Sahyadri. Lonavala słynie z zielonych wzgórz, wodospadów i pięknych widoków. To właśnie tam miały odbyć się kolejne rytuały i obrzędy weselne.

Nasze wesele pokrywało się w Indiach ze świętem Holi, co nadawało mu jeszcze większego znaczenia. Drugi dzień wypadał dokładnie
w przeddzień Holi, a wieczorem obchodziliśmy wspólnie Holika Dahan
niezwykle ważny rytuał ognia związany z tym świętem. Ma on głębokie znaczenie duchowe, ponieważ symbolizuje zniszczenie zła, oczyszczenie oraz nowy początek.

Wieczorem, na środku ulicy przed hotelem, nasza hinduska rodzina rozpaliła ogromne ognisko. Wspólnie zgromadziliśmy się wokół niego, po czym – naśladując ich krok w krok – zaczęliśmy chodzić dookoła, wołając „Au, au, au, au!” oraz wykonując gest ręką jak Indianie. Tak, dosłownie. Wyglądaliśmy jak jakieś pierwotne plemię z czerwonymi kropkami na czołach, które właśnie odprawia tajemniczy rytuał. Gdyby moja babcia świętej pamięci to zobaczyła, pierwsze co, to pewnie wysłałaby nas wszystkich do spowiedzi (a abstrahując od tego to myślę, że babcia uśmiechała się tam na górze i z ciekawością obserwowała to całe widowisko 😊).

Choć dla nas początkowo wyglądało to dość zabawnie i podchodziliśmy do tego z lekkim dystansem, dla naszej hinduskiej rodziny rytuał miał ogromne znaczenie. Jego źródłem jest hinduska legenda o demonicy Holice i chłopcu Prahladzie, który był wiernym wyznawcą boga Wisznu. Jego ojciec, demon Hiranjakaśipu, nie potrafił zaakceptować jego wiary
i postanowił się go pozbyć. Poprosił o pomoc swoją siostrę Holikę, która według wierzeń miała być odporna na ogień. Holika usiadła więc
w płomieniach z Prahladem na kolanach, licząc, że chłopiec spłonie. Stało się jednak odwrotnie – Prahlad ocalał dzięki boskiej ochronie, a Holika spłonęła. Dlatego Holika Dahan symbolizuje zwycięstwo dobra nad złem oraz oczyszczenie przez ogień.

Samo akt obchodzenia ogniska dookoła nazywa się parikrama i ma symbolizować oczyszczenie duszy oraz zostawienie swoich problemów
w płomieniach. Natomiast te nasze „indiańskie” dźwięki były formą wspólnotowej modlitwy, wzywania błogosławieństwa i budowania energii całej grupy. Na sam koniec każdy po kolei wrzucał do ognia symboliczne dary: ryż (obfitość i dobrobyt), kurkumę (ochrona, szczęście
i oczyszczenie) oraz kumkum – święty czerwony proszek używany do składania ofiar bogom (i dokładnie ten sam, którym robi się bindi). Wrzucenie tych darów do ognia oznaczało oddanie modlitwy bogom,
a przy okazji każdy wypowiadał w myślach życzenie. Rytuał nabrał dodatkowego znaczenia, ponieważ odbywał się w trakcie wesela; symbolizował ochronę nowożeńców, błogosławieństwo dla ich małżeństwa oraz oczyszczenie przyszłości młodej pary.

Tego samego dnia dowiedzieliśmy się również, że tradycją hinduskich wesel są pokazy taneczne przygotowywane przez członków rodzin. Jak się okazało, wiele osób od strony narzeczonej kuzyna miało już gotowe układy. Poczuliśmy się więc zobowiązani, że my, jako polska rodzina, również powinniśmy coś zaprezentować. Problem polegał na tym, że nikt z nas nie posiadał specjalnych zdolności tanecznych. Postanowiliśmy więc pójść w coś tradycyjnego, polskiego, a jednocześnie względnie łatwego. I tak stanęło na… polonezie. Jako podkład muzyczny wybraliśmy oczywiście „Pana Tadeusza”, bo skoro robić poloneza w Indiach, to na całego.

Zmotywowani podjęliśmy wyzwanie i wieczorem zaczęliśmy pracować nad układem. Początkowo plany były ambitne, figury skomplikowane,
a każdy próbował sobie przypomnieć własny studniówkowy układ sprzed lat. Ćwiczyliśmy na ulicy przed hotelem ku uciesze przechodniów, którzy przyglądali się nam z zaciekawieniem, uśmiechali się, a nawet nagrywali tych zwariowanych Polaków.

Nam jednak zupełnie to nie przeszkadzało i ćwiczyliśmy zawzięcie. Ostatecznie musieliśmy trochę uprościć nasze ambitne plany, ale udało nam się zmontować całkiem fajny układ, a przy okazji bawiliśmy się wyśmienicie. To zdecydowanie jeden z tych momentów, które wspomina się później z uśmiechem na twarzy.

Dzień 3: Happy Holi! Czyli jak zostałyśmy chodzącą paletą barw

Pierwszym etapem trzeciego dnia był rytuał polewania młodej pary wodą. To forma oczyszczenia i błogosławieństwa – woda ma zmywać pecha, oczyszczać duszę i ciało, usuwać negatywną energię oraz przygotować przyszłych małżonków na nowe życie. Takie symboliczne „duchowe odrodzenie”.

W teorii brzmi to bardzo spokojnie i wzruszająco.W praktyce wyglądało to tak, że cała rodzina, bez wyjątku, podchodziła do młodej pary i polewała ją wodą z wiadra. O ile niektórzy robili to dyskretnie i subtelnie… to inni pomylili chyba ten rytuał ze Śmigusem-Dyngusem (zwłaszcza polska część rodziny). W każdym razie polewanie wodą oznacza przekazanie błogosławieństwa oraz akceptację związku.

Podziwiam również mojego kuzyna za wytrwałość – mimo że był już przemoczony do suchej nitki, zgarbiony, zmęczony i ewidentnie pogodzona z losem ofiary rytuału, to dzielnie siedział i pozwalał się oblewać aż do samego końca.

Tumeric – czyli kurkuma jako rytuał przejścia

Kiedy para młoda wreszcie wyschła i przebrała się w świeże ubrania, rozpoczął się kolejny etap ceremonia Tumeric – rytuał, który jest jednym
z najważniejszych etapów hinduskiego wesela. I zdecydowanie jednym
z najbardziej… żółtych. Jest to moment symbolicznego przejścia z życia singla do życia małżeńskiego. Pastę z kurkumy, którą przygotowaliśmy pierwszego dnia wesela, nakładaliśmy na młodą parę – najczęściej na twarz, dłonie, ramiona i stopy.

Kurkuma w hinduizmie uznawana jest za świętą i oczyszczającą, a jej głównym zadaniem jest ochrona młodej pary przed pechem i złą energią. To trochę jak tarcza ochronna, tylko że w formie intensywnie żółtej pasty. Żółty kolor kurkumy symbolizuje szczęście, pomyślność, dobrą energię
i dobrobyt. Jest w tym coś pięknego: zanim para młoda stanie przed sobą jako mąż i żona, zostaje jakby „naładowana” błogosławieństwem całej rodziny.

I oczywiście warto dodać, że poza wszystkimi walorami duchowymi kurkuma ma także właściwości antybakteryjne i rozświetlające cerę… więc młoda para dostała nie tylko błogosławieństwo, ale i małe spa
w pakiecie.

Po rytuale przejścia rozpoczął się kolejny etap – posypywanie młodej kwiatami oraz składanie błogosławieństw. Kwiaty w hinduizmie są symbolem czystości, piękna i pomyślności, a obsypywanie nimi młodej pary ma przyciągać pozytywną energię i odstraszać złe duchy. Co ciekawe, nawet kolory kwiatów mają znaczenie. U nas dominowały żółte
i białe:

  • Żółty: szczęście, dobrobyt, pozytywna energia
  • Biały: czystość, harmonia i duchowość

To niesamowite, jak bardzo wszystko jest tam przemyślane. Nic nie jest przypadkowe, nawet kolor płatków kwiatów.

Mój mały siostrzany zaszczyt

Na tym etapie bardzo ważne jest również podkreślenie roli siostry podczas hinduskiego wesela. Jest ona jedną z najważniejszych kobiet
w rodzinie pana młodego i pełni kilka funkcji. Siostra pana młodego jest symbolem opieki i wsparcia, a także swego rodzaju ambasadorką rodziny męża. W trakcie rytuałów często wykonuje symboliczne gesty ochronne wobec panny młodej, jakby „wprowadzała ją” do nowej rodziny i otaczała duchową opieką.

Ponieważ mój kuzyn nie ma siostry (tylko brata), ta zaszczytna rola przypadła mnie.

W trakcie obrzędów trzeciego dnia wspierałam rytuał polewania wodą, błogosławiłam narzeczoną mojego kuzyna jako kobieca reprezentantka rodziny, a także wykonywałam symboliczne czynności: zawiązywałam jej czerwone sznureczki oraz zakładałam pierścionek na palec stopy.

Założenie tego pierścionka było symbolem mojego błogosławieństwa jako „siostry” – czymś w rodzaju duchowej tarczy ochronnej rodziny męża.
W skrócie: siostra pana młodego to strażniczka tradycji, opiekunka
i osoba, która ma ogromne znaczenie w całym weselnym rytuale.

Święto Holi – święto kolorów, miłości i nowego początku

Podczas trzeciego dnia naszego wesela wypadało święto Holi, czyli jedno z najważniejszych i najbardziej radosnych świąt w Indiach. Nie bez powodu nazywa się je Świętem Kolorów.

Holi symbolizuje zwycięstwo dobra nad złem, nadejście wiosny oraz nowy początek. Obchodzone jest zwykle w lutym lub marcu, podczas pełni księżyca. Święto ponownie wiąże się z legendą o demonicy Holice
i wiernym Prahladzie, którą poznaliśmy dzień wcześniej; dlatego Holi jest nie tylko zabawą, ale również duchowym symbolem oczyszczenia, przebaczenia i zostawienia za sobą tego, co złe.

To czas radości, pojednania, odpuszczania dawnych urazów
i wzmacniania więzi. I co najważniejsze -tego dnia wszyscy są równi. Kolory łączą ludzi niezależnie od wieku, płci czy statusu społecznego.

Tradycyjnie każdy ubiera się na kolorowo (najlepiej żółto, pomarańczowo albo na biało). Potem zaczyna się prawdziwa magia: wszyscy obsypują się kolorowymi proszkami (gulal), wołając „Happy Holi!”. Każdy kolor niesie ze sobą błogosławieństwo i pozytywną energię. Po chwili człowiek przestaje wyglądać jak człowiek, a zaczyna jak dzieło sztuki współczesnej. Na tę wyjątkową okazję kupiłam na Vinted pomarańczową sukienkę, która ostatnie chwile spędziła w Indiach, ginąc bohatersko w eksplozji barw
i brokatu.

Nasz hotel miał również wielki basen, więc po zakończeniu posypywania się proszkami śmiałkowie wskakiwali do wody. Basen pod koniec zrobił się tak kolorowy, że wyglądał jak farba do malowania ścian.

Jak się pewnie domyślacie… nas również nie mogło to ominąć.

Sangeet Party

Pod wieczór odbywała się dyskoteka z DJ-em i to był moment, w którym na własne oczy mogłyśmy zobaczyć, jak Hindusi i Hinduski potrafią się bawić. I powiem szczerze: oni muszą mieć taniec we krwi.

Ich energia, ruchy, rytm i lekkość były absolutnie niesamowite. Zwłaszcza w tych kolorowych, tradycyjnych strojach: ozdobnych sukienkach, biżuterii i błyszczących detalach. Tańce wyglądały niczym wyciągnięte
z teledysku Bollywood.

Po pewnym czasie, gdy już zdążyliśmy nacieszyć oczy tym tanecznym widowiskiem (i dojść do wniosku, że nigdy nie będziemy tańczyć tak dobrze)… nadszedł moment prawdy – pokazy taneczne.

Bo skoro wszyscy prezentowali swoje układy, to my również musieliśmy pokazać coś od siebie. Nadszedł czas na poloneza, którego ćwiczyliśmy dzień wcześniej pod hotelem jak banda zdeterminowanych, lekko zagubionych Polaków na misji narodowej. Nie było odwrotu.

Przed występem zrobiliśmy jeszcze krótką zapowiedź po angielsku, tłumacząc, że to tradycyjny polski taniec wykonywany na ważnych uroczystościach, a przede wszystkim na studniówkach – czyli balach sto dni przed maturą.

Cała hinduska rodzina, wyraźnie zaintrygowana, patrzyła na nas jak na egzotyczną atrakcję wieczoru. Niektórzy nawet wyciągnęli telefony aby nagrać ten pamiętny moment. Kiedy zakończyliśmy nasz taneczny układ, okazało się, że wyszło naprawdę dobrze, a nasz występ został przyjęty
z brawami i mnóstwem życzliwych uśmiechów. I tak oto polonez oficjalnie zaliczył swój międzynarodowy debiut w Indiach.

Dzień 4: Siedem kroków do małżeństwa – święty ogień i wielka parada

Czwarty dzień obrzędów weselnych był zdecydowanie najbardziej intensywny i najbardziej obfity w rytuały. My same nie mogłyśmy się tego doczekać, bo w końcu nadchodził moment, na który czekałyśmy od samego początku – mogłyśmy założyć nasze sari.

Poranek rozpoczął się od przygotowań na pełną skalę. Na uroczystość wynajęto profesjonalny zespół fryzjerów i makijażystów, którzy zajmowali się wszystkimi gośćmi. Mój makijażysta był wyraźnie przejęty, jak się okazało, pierwszy raz w życiu malował białą osobę. Po skończonym makijażu i fryzurze zapytał mnie nawet, czy może zrobić mi zdjęcie do swojego portfolio, bo chciał mieć „białego człowieka” w kolekcji.

Szczerze mówiąc, nie przepadam za zdjęciami, ale w tej sytuacji nie miałam serca odmówić. W końcu dla niego to był prawdopodobnie równie unikatowy moment, co dla mnie zakładanie sari.

Oprócz makijażu pożyczono nam również różne ozdoby – w tym charakterystyczny klips wkładany do nosa oraz złoty łańcuch, który wyglądał tak, jakby był obowiązkowym elementem królewskiego wyposażenia.

Kiedy fryzury i makijaże były już gotowe, kuzynki pomogły nam założyć sari… i to dopiero była wyższa szkoła jazdy. Zostałyśmy dosłownie owinięte kilkumetrowym materiałem, a potem kuzynki zaczęły upinać wszystko agrafkami. Dziesiątkami agrafek. Ja mam wrażenie, że spokojnie było ich sto. Na początku poruszałyśmy się jak pingwiny, ale po czasie człowiek zaczyna akceptować swój los.

Tak dokładnie „zapuszkowane” nie mogłyśmy też korzystać z łazienki aż do końca ceremonii. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że sari jest piękne… ale jednocześnie totalnie bezlitosne.

Główna ceremonia ślubna

Samo wesele trwało dosyć długo i składało się z wielu przysiąg, rytuałów oraz przemówień. Przyznaję się bez bicia: nie wszystko zrozumiałam i nie wszystkie obrzędy zapamiętałam, dlatego opiszę te, które najbardziej utkwiły mi w głowie.

Screenshot

Kapłan hinduistyczny, czyli pandit, pełni podczas ceremonii rolę przewodnika duchowego. Prowadzi rytuał krok po kroku, recytując mantry w sanskrycie, które mają przywołać błogosławieństwo bóstw
i nadać małżeństwu religijną rangę.

Ogromne znaczenie ma również obecność starszyzny rodziny.
W hinduizmie ród i rodzina są fundamentem życia społecznego
i duchowego, a błogosławieństwo rodziców oraz starszych krewnych traktowane jest jako symboliczna zgoda i wsparcie dla nowej drogi życiowej pary.

Małżeństwo postrzegane jest tam nie tylko jako związek dwojga ludzi, ale jako połączenie dwóch rodzin. Panna młoda poprzez ślub zostaje włączona do domu i rodu pana młodego, przyjmując nowe miejsce
w strukturze rodzinnej oraz nowe obowiązki i role.

Święty ogień – boski świadek małżeństwa

Najważniejszym elementem hinduistycznej ceremonii ślubnej jest obecność świętego ognia – Agni, który pełni rolę boskiego świadka zawieranego małżeństwa.

Ogień w hinduizmie symbolizuje czystość, prawdę oraz obecność bóstw. Jest również pośrednikiem między światem ludzi a światem bogów; to właśnie poprzez ogień składane są modlitwy, ofiary i dary, które mają zapewnić nowożeńcom szczęście oraz pomyślność.

Centralnym momentem ceremonii było okrążanie ognia siedem razy, znane jako Saptapadi lub Phere. Każde z siedmiu okrążeń oznacza jedną przysięgę dotyczącą wspólnego życia: wierności, wzajemnego wsparcia, zdrowia, dostatku i harmonii.

W wielu tradycjach uznaje się, że wykonanie tych siedmiu kroków oznacza związanie losów pary nie tylko na jedno życie, ale również symbolicznie na kolejne wcielenia. Mówi się, że małżonkowie będą spotykać się ponownie przez siedem kolejnych żyć. Całkiem romantycznie, prawda?

Zasłona i „pierwsze spojrzenie”

Bardzo symbolicznym momentem była również chwila, gdy panna młoda została ukryta za białą chustą, która tworzyła zasłonę pomiędzy nią
a panem młodym.

Ta zasłona symbolizuje oddzielenie dwóch osób, które do tej pory należały do dwóch różnych rodzin i dwóch różnych światów. Dopiero
w odpowiednim momencie ceremonii zostaje ona podniesiona, a para widzi się nawzajem – jest to rytualne „pierwsze spojrzenie”, które oznacza rozpoczęcie wspólnej drogi i uznanie się za przyszłych małżonków.

Moje siostrzane obowiązki

Jako „siostra pana młodego” miałam tego dnia kolejne zobowiązania. Tym razem przypadło mi w udziale składanie bogom ofiary w postaci kokosa oraz kwiatów (i powiedzcie mi, czy to nie brzmi zdecydowanie sympatyczniej niż składanie owieczki w ofierze w Starym Testamencie?)

Miałam również zawiązać supeł pomiędzy elementami stroju pary młodej. Ten gest jest jednym z najbardziej wymownych symboli w hinduistycznym ślubie, ponieważ oznacza dosłownie „związanie” ich losów.

Węzeł symbolizuje trwałość relacji, nierozerwalność związku oraz to, że od tego momentu ich życie jest połączone – w wymiarze emocjonalnym, rodzinnym i duchowym.

Był to również symbol tego, że rodzina pana młodego akceptuje pannę młodą i oficjalnie przyjmuje ją do swojego domu.

Weselna parada

Po zakończeniu ceremonii wszyscy goście ruszyli ulicą w procesji,
a towarzyszyła nam grająca orkiestra. Było głośno, radośnie i tak widowiskowo, że spokojnie można by to pomylić z planem filmowym.

Para młoda szła pod parawanem, a wszyscy goście podążali za nimi jak wielobarwny korowód. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek czuje, że uczestniczy w czymś autentycznie magicznym.

Dzień 5: Pożegnanie z przytupem – gala, bufet i rewia mody

Ostatni dzień wesela odbywał się z powrotem w Mumbaju i miał mieć formę uroczystej kolacji zakończeniowej. Na tę okazję zostaliśmy jeszcze w Polsce poinstruowani, żeby ubrać „dowolny strój formalny”. No cóż… jak się później okazało, nasze wyobrażenie o „dowolnym stroju formalnym” było bardzo europejskie.

Kolacja odbywała się w wynajętej sali, ale gdy tylko weszłyśmy do środka, zrozumiałyśmy, że trafiliśmy na coś w rodzaju gali albo czerwonego dywanu. To nie była zwykła kolacja, to była prawdziwa rewia mody. Wszystkie kobiety wyglądały jak milion dolarów: długie wieczorowe suknie, perfekcyjny makijaż, biżuteria, fryzury… wszystko dopracowane do najmniejszego detalu.

Oczywiście my od razu zaczęłyśmy żałować, że nie spakowałyśmy bardziej okazałych kreacji, bo w porównaniu z nimi wyglądałyśmy jak skromne europejskie turystki, które przypadkiem weszły na galę filmową.

Na miejscu czekał również ogromny bufet – chociaż słowo „bufet” to zdecydowanie za mało powiedziane. Do jedzenia było dosłownie wszystko: na słodko, na słono, ciasta, owoce, przekąski, dania obiadowe i napoje wszelkiej postaci. Jedzenia było tyle, że człowiek nie wiedział, od czego zacząć… i kiedy przestać.

Cała impreza polegała między innymi na tym, że każdy po kolei robił sobie zdjęcie z parą młodą na specjalnie przygotowanej scenie. A że tego dnia zaproszono jeszcze więcej gości, przyjaciół i dalszej rodziny, kolejka do zdjęcia była praktycznie niekończąca się. Momentami miałam wrażenie, że cała sala przyszła tylko po to, żeby się przywitać, pogratulować i zrobić obowiązkowe zdjęcie pamiątkowe z młodą parą.

Gości było naprawdę mnóstwo – setki twarzy, piękne stroje, gwar rozmów i śmiechu. W powietrzu unosiło się coś niezwykle uroczystego, jakby wszyscy wiedzieli, że to ostatni wieczór i trzeba go przeżyć na sto procent. Atmosfera była elegancka, podniosła i wręcz majestatyczna – jak wielki finał spektaklu.

Co tu dużo mówić, to było zamknięcie wesela z przytupem. Idealne zakończenie pięciu dni.


Tak właśnie wyglądało hinduskie wesele z mojej perspektywy. Pod względem kulturowym było to jedno z najwspanialszych doświadczeń
w moim życiu. Ilość ciepła, serdeczności i miłości, którą dostałyśmy od naszej hinduskiej rodziny, jest nie do opisania. Każdy chciał nas ugościć, zaprosić do domu, pobłogosławić i sprawić, żebyśmy poczuły się jak część ich świata.

Z ostatniej uroczystości wyszłyśmy wczesnym wieczorem, bo w środku nocy jechałyśmy na lotnisko – kolejny etap podróży miał zacząć się od lotu do Delhi. Żegnając się, byłyśmy wzruszone, ale też podekscytowane, bo przed nami był jeszcze cały tydzień nowych przygód.

Nie miałyśmy pojęcia, że ta kolejna przygoda zacznie się już za parę godzin, kiedy Indie przypomną nam, że potrafią być nie tylko magiczne, ale także… absolutnie szalone.

Ciąg dalszy nastąpi…