Pomysł na ten wyjazd zrodził się tak po prostu, na uczelni, na pewnym wykładzie – kiedy rzuciłam mimochodem do dziewczyn, że może tak byśmy poleciały do Mediolanu? Pewnie myślały, że ja to tak z tym żartuję, ale jeśli mowa o jakichkolwiek wyjazdach – w tej kwestii zawsze jestem śmiertelnie poważna.
Wszystko znalazło się tak jak trzeba: tanie loty, w miarę tani nocleg, a przede wszystkim chęci, które nasza trzyosobowa ekipa miała dosyć duże. Jednak zbyt pięknie też być nie mogło, niestety… Pogoda spłatała nam niezłego psikusa parę dni przed wyjazdem – akurat miało padać tylko przez te dwa dni, gdy miałyśmy przebywać w Mediolanie. Zaklinałyśmy los, żeby jednak to się nie sprawdziło, ale no cóż, chyba zbyt słabo manifestowałyśmy…
Witamy w Mediolanie. Parasole bezużyteczne
Pogoda w Polsce, gdy wylatywałyśmy, była piękna: słońce, ciepło i zaledwie kilka chmurek na niebie. Po niecałych dwóch godzinach lotu widok z okna samolotu na lotnisku Malpensa wyglądał już zupełnie inaczej. Wtedy zrozumiałyśmy, że to nawet nie deszcz… to była po prostu ulewa. Dobrze, że byłyśmy na tyle rozsądne, żeby zabrać dwa parasole, choć – jak się później okazało – niewiele nam to dało.


Pierwszym wyzwaniem było znalezienie przystanku, z którego odjeżdżał autokar do centrum Mediolanu, oddalonego o ponad godzinę drogi od lotniska. Nie było to takie proste – szybko się okazało, że Google Maps w tej sytuacji nam nie pomoże. Przystanek znajdował się w pewnej odległości od terminalu i trafiłyśmy na niego właściwie przypadkiem, po przejściu całej długości parkingu. Już wtedy zdążyłyśmy porządnie zmoknąć.

Autokar jechał nieco dłużej, niż wskazywały informacje na bilecie, ale w końcu dotarłyśmy w okolice dworca Milano Centrale. Postanowiłyśmy, że nie jedziemy najpierw do hotelu, tylko od razu ruszamy w stronę centrum – czyli w praktyce Katedry – i po drodze znajdziemy coś do jedzenia. Tyle że nawigacja, jak zwykle, nas zawiodła. Musiałyśmy kilka razy zawracać i w efekcie trasa, która miała zająć około 50 minut, wydłużyła się do trzech godzin. Deszcz na chwilę zelżał, ale nie nacieszyłyśmy się tym długo – rozpędzony autokar przejeżdżający obok ochlapał nas solidnie wodą z kałuży. Dobry humor jednak po tym incydencie nas nie opuścił, tylko zaczęłyśmy żartować, że wcale nie musimy teraz jechać nad Como, bo jezioro Como mamy już w butach.



Szybki pit stop między kałużami
Po kilkudziesięciu minutach spaceru w stronę katedry porządnie zgłodniałyśmy, więc zgodnie uznałyśmy, że to pora na przystanek na jedzenie. Na rogu jednej z ulic dostrzegłyśmy zachęcająco wyglądający punkt z pizzą sprzedawaną na kawałki, więc niewiele się namyślając, tam właśnie się skierowałyśmy. Sama pizza może nie była najwyższych lotów, ale skutecznie zaspokoiła nasz głód i była w przystępnej cenie.

Następnie dalej kierowałyśmy się w stronę Duomo, mijając po drodze Zamek Sforzów (Castello Sforzesco), przed którym znajduje się jedna z większych fontann, które w życiu widziałam. Castello Sforzesco to taki kawał historii w środku miasta – duży, trochę surowy, z klimatem. Teoretycznie można tu pospacerować, zajrzeć do muzeów albo po prostu odpocząć w parku obok… ale my trafiłyśmy tam późno, w deszczu, więc skończyło się tylko na szybkim spojrzeniu i ruszyłyśmy dalej.

Po drodze co jakiś czas mijałyśmy akcenty przypominające o odbywających się w tym roku w Mediolanie zimowych igrzyskach olimpijskich i paraolimpijskich (flagi, banery, różnego rodzaju instalacje czy też sklepy z gadżetami).
Cel był już blisko, ale McDonald’s był bliżej
Wreszcie zobaczyłyśmy z daleka katedrę – nasz pierwotny cel wędrówki. Wyłączyłyśmy więc nawigację i ruszyłyśmy prosto w stronę monumentalnego budynku. Ale czy faktycznie dotarłyśmy pod Duomo? Niekoniecznie, bo znowu dał o sobie znać głód (a szczególnie u mnie). Prawda jest taka, że przez całą drogę marudziłam tylko o jednym: McDonald’sie z widokiem na katedrę i piwie w zestawie.
Weszłyśmy więc do znanej na całym świecie restauracji i przeżyłyśmy lekkie zaskoczenie – był to bardzo „fancy” Mak, z kilkoma ochroniarzami. Na dole składało się zamówienie, ale nie było tam miejsc do siedzenia. Te znajdowały się dopiero na górze, a przed schodami stał jeden z ochroniarzy, który skrupulatnie sprawdzał paragony, upewniając się, że każdy faktycznie coś kupił. Nie czułam się z tym szczególnie komfortowo, ale nie zamierzałyśmy przecież wychodzić.
To był idealny moment, żeby sprawdzić, czy piwo jako napój do zestawu we włoskim McDonald’sie to faktycznie prawda. Ku mojej radości – tak! Za dopłatą około 20–30 euro centów można było zamienić standardowy napój na jedno z trzech piw (w puszce lub butelce). Wybrałam tę tańszą opcję, w przykuwającej wzrok czerwonej puszce.
Ciekawostka: we Włoszech nie ma typowych zestawów, takich jak nasze 2 for U czy inne „super combo”. Najpierw wybiera się główny produkt (np. burgera), a dopiero potem dobiera dodatki – frytki i napój.
Po odebraniu zamówienia (na szczęście nikt nie sprawdzał mojego wieku, mimo że przy wyborze piwa na ekranie pojawiło się pytanie „are you over 18?”) poszłyśmy na górę. Na początku zajęłyśmy pierwszy wolny stolik, bo było dość tłoczno, ale po chwili przeniosłyśmy się w lepsze miejsce – z widokiem prosto na katedrę. Siedziałyśmy więc vis à vis Duomo, jedząc średnio zdrowe jedzenie, ale w tamtym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Byłyśmy zmoknięte, zmęczone i po prostu cieszyłyśmy się chwilą.

Ciekawostka numer dwa: kurczak we włoskim McDonald’s smakuje zupełnie inaczej niż w Polsce, niestety o wiele gorzej. W mojej opinii przypominał bardziej schabowego niż kurczaka. I gdyby to był jednorazowy przypadek, można by pomyśleć o pomyłce z rodzajem mięsa, ale następnego dnia było dokładnie tak samo. Dlatego stwierdziłam żartobliwie, że właśnie tam po raz pierwszy w życiu zjadłam schabowego z kurczaka.
A piwo? Było pyszne, polecam naprawdę spróbować, jak będziecie kiedyś we Włoszech i zahaczycie o Maka.
Katedra, byk i utrata parasola
Obczaiłyśmy jeszcze, jak z tego miejsca najszybciej dostać się do hotelu, po czym wróciłyśmy z powrotem w deszcz. Zaraz znalazłyśmy się pod pięknie oświetloną katedrą i to był czas na szybką sesję zdjęciową. Na szczęście dzięki tej paskudnej pogodzie była tam jedynie garstka ludzi, więc nikt nieproszony nie wszedł w kadr. Katedra w Mediolanie jest efektem kilku stuleci budowy i równie wielu ambicji – to jedna z tych realizacji, w których skala i detal zaczynają ze sobą rywalizować. Fasada przypomina kamienną koronkę, gęstą od rzeźb i pinakli, a wnętrze utrzymuje chłodny, monumentalny rytm gotyckich naw. Najbardziej charakterystyczny pozostaje jednak dach: dostępny dla zwiedzających, pozwala przejść między iglicami i zobaczyć miasto z poziomu, który zwykle zarezerwowany jest dla dekoracji, nie dla ludzi.


Następnie, chyba bardziej przez chęć dachu nad głową niż z ciekawości udałyśmy się do położonej obok galerii Wiktora Emanuela II. Typowa instagramowa miejscówka, która przed wyjazdem przewinęła mi się w mediach społecznościowych tysiące razy. Najbardziej byłyśmy oczywiście ciekawe słynnego byka, na którego jądrach ludzie kręcą się w nadziei, że przyniesie im to szczęście. Szybko odnalazłyśmy ten artefakt dzięki obserwacji, w którym miejscu zgromadziło się najwięcej ludzi. Postanowiłyśmy zgodnie, że pokręcimy się tam jutro, na dzisiaj już odpuszczamy. Głównie chodziło o nagranie tego „rytuału” w lepszym, dziennym świetle.


Ja natomiast bardzo chciałam zdjęcie z inną mozaiką na podłodze, która wydawała mi się jakoś dziwnie znajoma, ale dopiero po powrocie z Mediolanu odkryłam, gdzie już to widziałam. Spójrzcie zresztą sami:

Ostatnim punktem przed hotelem były małe zakupy na wieczór w pobliskim sklepie spożywczym, gdzie kupiłam słynne wino z kartonu za 2 euro, i z którego wyszłam już bez parasola – zostawiłam go przy wejściu jak wszyscy, a gdy wychodziłam, już go nie było. Cóż, i tak miał uszkodzony jeden drut, więc mała strata, ale przyczyniło się to w dużej mierze do zamoknięcia mi wszystkich rzeczy w plecaku.
Komfort: interpretacja dowolna
Teraz pozostało nam tylko znaleźć odpowiednie wejście do metra i tym środkiem transportu udać się do noclegu. Akurat miałyśmy szczęście, bo poszło nam sprawnie i po 10 minutach (nie licząc kolejnego marszu w ulewie) byłyśmy przed naszym 2-gwiazdkowym hotelem. Co będę mówić – przy wyborze noclegu kierowałyśmy się tylko ceną, więc standard nie był jakiś wysoki, jednakże dziwnie się poczułam, jak stojąc przy ladzie recepcji zobaczyłam zza kotary dwóch starszych mężczyzn siedzących przed telewizorem (oczywiście podgłośnionym praktycznie na full) i popijających piwo, a na klatce schodowej unosił się dziwny zapach ryby i stęchlizny. Pokój znajdował się na trzecim piętrze, oczywiście nie było windy, więc w tamtej chwili cieszyłam się, że nie mamy ze sobą walizek. Pierwszym, co zrobiłyśmy, było sprawdzenie, czy w łazience jest nasze zbawienie, czyli suszarka. Jakże wielka była nasza radość, gdy okazało się, że owy element wyposażenia mamy na stanie! Przystąpiłyśmy więc do wielkiego suszenia nas i naszych rzeczy, które trwało pół nocy i jeszcze kontynuowałyśmy je rano (a i tak wszystkiego nie udało nam się wysuszyć). W międzyczasie miała miejsce degustacja wina z kartonu oraz moja ulubiona hotelowa rozrywka, czyli oglądanie programów z lokalnej telewizji – dla nas już na zawsze pozostanie ikoniczna reklama jednoosobowego, elektrycznego miejskiego autka, która leciała w zapętleniu na jednym z kanałów.

Dzień bez deszczu – dzień wygrany
Drugiego dnia naszej wyprawy postanowiłyśmy nie marnować czasu i po szybkim ogarnięciu się, i drugiej turze suszenia ruszyłyśmy w miasto. Jaka była nasza radość, kiedy z ulgą stwierdziłyśmy, że już nie pada! Nawet brak słońca totalnie nam nie przeszkadzał, bo samo chodzenie bez deszczu było dla nas niczym wygrany los na loterii.

Pierwszym celem tego dnia miała być kaplica w kościele Santuario di San Bernardino alle Ossa. Kaplica ta słynie z nietypowego wystroju – jej wnętrze pokrywają ludzkie kości i czaszki ułożone w dekoracyjne kompozycje. Jej początki sięgają XIII wieku (około 1210 roku), kiedy przy pobliskim szpitalu zaczęło brakować miejsca na pochówki, więc szczątki przenoszono do ossuarium. Obecny wygląd kaplicy to efekt późniejszej przebudowy z XVII wieku, kiedy kości zaczęto układać w bardziej ozdobne formy. Jednak, no cóż, mimo informacji znalezionej w internecie, że kaplica w niedziele jest czynna od godziny 10:00, była ona zamknięta. Mogłyśmy jedynie wejść do środka sanktuarium, przed którym stało kilka namiotów, w których według moich domysłów koczowali chyba jacyś bezdomni. Nie tylko my byłyśmy rozczarowane tym, że kaplica nie została otwarta, ponieważ przed drzwiami (ironicznie bez klamki!) zgromadziła się grupka innych turystów, w tym też z Polski – podczas kilkunastu zagranicznych wyjazdów zdążyłam się przekonać, że Polaków można spotkać dosłownie wszędzie.



Wobec powyższych okoliczności, poszłyśmy na plac pod Katedrę, żeby zobaczyć ją tym razem w świetle dnia, ale szybko okazało się, że ze zdjęć będą nici – tłum, jaki się tam zgromadził mimo stosunkowo wczesnej pory, przewyższył totalnie nasze przewidywania. Toteż skierowałyśmy się znowu do galerii Wiktora Emanuela II, gdzie weszłyśmy do kilku sklepów, w tym do Ferrari Store, gdzie mogłyśmy na własne oczy zobaczyć bolida Formuły 1.



Po tym „zwiedzaniu” odstałyśmy swoje w kolejce, żeby pokręcić się na jajach byka i oczywiście nagrać z tego pamiątkowy filmik. Jeszcze raz dla niewtajemniczonych: chodzi o fragment mozaiki na podłodze w Galleria Vittorio Emanuele II – dokładnie o wizerunek byka, na którego „atrybutach” staje się jedną nogą i obraca trzy razy wokół własnej osi, podobno ma to przynieść osobie kręcącej się szczęście. Każdy robił to trochę po swojemu, ale akurat gdy czekałyśmy na swoją kolej, trafiła się kobieta (oczywiście Polka), która dość donośnie instruowała wszystkich wokół, że trzeba kręcić się w lewo – więc dla świętego spokoju zrobiłyśmy dokładnie tak, jak polecała.


Como: piękne, popularne i pełne Polaków
Kolejnym przystankiem na naszej trasie było kupienie pamiątek – ja tradycyjnie wybrałam magnes – jakieś szybkie śniadanie, a potem podjechałyśmy metrem na dworzec centralny, skąd pojechałyśmy nad Jezioro Como. Oczywiście nie obyło się bez drobnych komplikacji przy zakupie i kasowaniu biletów (pamiętajcie, że w przypadku papierowych biletów musicie je skasować w kasowniku na peronie), ale koniec końców udało nam się wsiąść do pociągu, którym za około godzinę dojechałyśmy z Milano Centrale do stacji Como San Giovanni.



Po tej podróży okropnie chciało mi się pić, a że nie miałam niczego przy sobie, musiałam kupić coś w automacie na stacji – tym czymś okazała się być najmniejsza butelka Coca-Coli, jaką kiedykolwiek widziałam – wydało mi się to w tamtym momencie mega urocze, że aż musiałam zrobić zdjęcie. Zresztą tę butelkę zachowałam sobie do dziś.

Ze stacji od razu ruszyłyśmy nad samo jezioro, co oczywiście nie było takie wcale proste, gdyż akurat w okolicy były jakieś remonty. Okrężną drogą w końcu po kilkunastu minutach dotarłyśmy do celu. Widok zrobił na nas duże wrażenie – tafla Como otoczona górami i te wszystkie pastelowe budynki przyklejone do zboczy wyglądały trochę jak z pocztówki, tylko, że tym razem był to widok na żywo. Jezioro Como to jedno z najbardziej znanych jezior we Włoszech i bardzo popularna miejscówka wśród turystów – głównie przez widoki, eleganckie wille i klimatyczne miasteczka. Od lat przyciąga nie tylko zwykłych turystów, ale też celebrytów, więc ma trochę taki „luksusowy” vibe, ale nadal da się tam po prostu posiedzieć i nacieszyć widokiem. Tutaj było jeszcze więcej Polaków – momentami miałam wrażenie, że co druga mijana osoba jest z Polski.




Gdzieś po drodze wpadła nam jeszcze w oczy Tempio Voltiano – charakterystyczny, neoklasycystyczny budynek poświęcony Alessandro Volta, czyli włoskiemu fizykowi, który zasłynął wynalezieniem pierwszej baterii elektrycznej (od jego nazwiska pochodzi też jednostka napięcia: volt). W środku mieści się muzeum związane z jego odkryciami, a sam budynek stoi tuż nad jeziorem i dość mocno się wyróżnia. My nie wchodziłyśmy do środka z prozaicznego powodu: ograniczonego czasu i budżetu.


Po kilkunastominutowym spacerze wokół jeziora zgodnie stwierdziłyśmy, że to już czas na znalezienie jakiejś miejscówki na obiad. Przed tym jednak odwiedziłyśmy jeszcze kilka straganów z pamiątkami. Nasz wybór padł na restaurację, która serwowała gościom ręcznie robiony na bieżąco makaron – dania, mimo że może nie były jakieś największej porcji, smakowały obłędnie, a do tego oczywiście nie mogło zabraknąć włoskiego klasyka, czyli mojego ulubionego aperola. I tutaj jeszcze jedna śmieszna historia – jedna z nas zamówiła sobie kawę americano, a kelner zamiast kawy przyniósł jej drinka – bo jeden z drinków też miał nazwę americano. Koleżanka jednak nie wyjaśniła tej pomyłki, tylko zaakceptowała to, co jej przyniesiono, a na tym wszystkim skorzystałam jeszcze ja, gdyż mogłam wypić ponad połowę tego mocnego koktajlu. Jeszcze na koniec wspomnę, że szukająca nam wolnego stolika kelnerka była Polką, a stolik obok nas zajęła potem grupka Polaków. Polska gurom!1

Po obiedzie ruszyłyśmy jeszcze na spokojne zwiedzanie miasta. Na pierwszy rzut wylądowałyśmy na Piazza Del Duca – to taki główny plac w Como, praktycznie zaraz przy jeziorze, gdzie kręci się większość turystów i od którego łatwo zacząć zwiedzanie. Tuż obok stoi katedra – jedna z bardziej charakterystycznych budowli w mieście. Jest spora, bogato zdobiona i łączy w sobie różne style (od gotyku po renesans), bo budowano ją przez kilka wieków.


Po drodze wstąpiłyśmy jeszcze po małe zakupy do miejscowego Lidla, gdzie czuć już było klimat Wielkanocy. Co najbardziej mnie zaskoczyło, to ogromne wręcz czekoladowe jajka, owinięte w rzucające się w oczy mieniące się sreberka w różnych kolorach. W Polsce nie uświadczymy takiego widoku, a we Włoszech te „pisanki” były wręcz porozstawiane po całym sklepie. Naszą uwagę przykuły jednak czekoladowe zajączki w różnych wariantach. Moim zdaniem były takie urocze, że aż musiałam zrobić zdjęcie. I jakaż była moja radość, gdy okazało się, że u nas też były dostępne w ofercie! (jeden z nich wylądował u mnie w koszyczku ze święconką). Drugim takim produktem, na który zwróciłam uwagę, były ogromne butelki aperola. W tamtym momencie bardzo pożałowałam, że nie kupiłyśmy bagażu rejestrowanego.

Następnie udałyśmy się na stację kolejową, bo za kilkanaście minut miałyśmy pociąg powrotny. Miałyśmy nadzieję, że pamiątkowy magnes kupimy sobie w sklepiku na dworcu, ale wybór niestety okazał się tam marny. Po szybkiej kalkulacji ruszyłyśmy pędem do sklepu w centrum, gdzie widziałyśmy ładne magnesy, ale nie zdecydowałyśmy się ich od razu kupić. Na szczęście udało nam się zrealizować naszą misję – miałyśmy magnesy, a na pociąg na spokojnie zdążyłyśmy (to chyba zawdzięczamy tylko i wyłącznie naszej w miarę dobrej kondycji).


Wieczór na dworcu i gdzie jest ten autobus?
Po godzinnej podróży w zatłoczonym pociągu czekało nas jeszcze kilkugodzinne czekanie na ostatni autobus na lotnisko o godzinie 23:30, gdyż tylko taka opcja wchodziła w grę przy wylocie o 05:45. Przeczekałyśmy ten wieczór najpierw w KFC, a potem, jakżeby inaczej, w McDonald’s, gdzie tak jak wspominałam na początku, znowu nabrałam się na ichniejszą wersję burgera z kurczakiem. Ta wizyta w ogóle była dziwna, gdyż jakaś grupka młodych ludzi dla „żartu” zrobiła sobie w tej części, gdzie też siedziałyśmy my, barykadę z kilku stołków położonych jeden na drugim, której bał się ruszyć nawet facet z obsługi, a my w pewnym momencie już zaczęłyśmy się martwić, jak się stamtąd wydostaniemy. Ale tutaj problem „rozwiązał się” w inny sposób, ponieważ ten sam gość z obsługi, pomimo, że restauracja była czynna do 23:00, kazał nam się zbierać o wyjścia, zresztą tak samo jak ludziom ze stolików obok. Było to bardzo dziwne, bo było jeszcze co najmniej pół godziny do zamknięcia, a jak wychodziłyśmy, to ludzie jeszcze składali zamówienia! Może chodziło o to, że zdążyłyśmy już dawno zjeść nasz posiłek, i miałyśmy nie zajmować innym ludziom stolika, ale to też było bez sensu, bo o tej porze lokal nie był zapełniony nawet w połowie. No cóż, resztę pozostałego czasu spędziłyśmy na czekaniu w holu dworca, gdzie już nie było niestety tak ciepło i przytulnie jak w Maku.


Jakieś 10 minut przed planowanym odjazdem ruszyłyśmy w stronę miejsca postoju autokaru, przynajmniej tego, które sugerowała dołączona do biletu mapka. Jednak zdziwiłyśmy się mocno, gdy facet z obsługi poinformował nas, że ten kurs jest do lotniska w Bergamo, a nie Malpensa… Na szczęście był tak miły i poinformował nas, że autobus na nasze docelowe lotnisko stoi po drugiej stronie budynku dworca i żebyśmy się pospieszyły, bo to jest ostatni kurs tego dnia (czego byłyśmy jak najbardziej świadome). Ruszyłyśmy więc niemal biegiem na drugą stronę dworca i udało nam się zdążyć; nawet o dziwo nie wsiadłyśmy jako ostatnie. Przyrzekłam wtedy sobie, że ostatni raz podróżuję z tą firmą (nazwa zaczyna się na literę T), ponieważ co nam dały te cholerne mapki na bilecie, skoro w obie strony miałyśmy problem ze znalezieniem miejsca postoju autokaru? To było idiotyczne. Powinni do sporządzenia tego rodzaju mapy zatrudnić kogoś, kto wie, gdzie FAKTYCZNIE zatrzymują się autobusy…
Stan skupienia: przetrwać do boardingu
Miałam wrażenie, że droga powrotna na lotnisko była o połowę krótsza niż droga w pierwszą stronę, co wcale nam się nie spodobało, bo oznaczało dłuższe koczowanie w terminalu. Gdy tam dotarłyśmy, nie było już wolnych miejsc siedzących, więc nie pozostało nam nic innego, jak rozłożyć się na podłodze. Lotnisko wyglądało na obumarłe – wszystko było pozamykane, włącznie z licznymi stanowiskami odpraw i kontrolą bezpieczeństwa. Było też pusto; co jakiś czas w jedną lub drugą stronę przechadzały się pojedyncze osoby, a reszta czekających pasażerów zajmowała wszystkie dostępne miejsca siedzące lub układała się pod ścianami, przy czym większość z nich spała (co o 2 w nocy wcale nie jest niczym dziwnym). Może tak zawsze wyglądają noce na lotniskach – nie wiem, doświadczyłam tego pierwszy raz, ale wywarło to na mnie dziwne wrażenie.

Jeszcze bardziej byłam w szoku, gdy w pewnym momencie wpadłam na moją koleżankę, z którą nie widziałam się chyba ponad rok. Jaki ten świat mały! Wracała tym samym lotem co my.
Kontrolę bezpieczeństwa otworzyli chyba gdzieś koło 4 nad ranem, ponieważ pierwsze loty z Milano Malpensa odlatywały już o wpół do 6. Po szybkim przejściu standardowej procedury przez jakieś 10 minut szłyśmy do naszej bramki – tam na szczęście znalazło się dla nas miejsce siedzące. Zmęczenie jednak dawało się nam we znaki, więc starałyśmy się nie zasnąć. Chociaż akurat to byłoby trudne, zważywszy na głośne rozmowy innych turystek z Polski, które w większości sprowadzały się do narzekania na wszystko i wszystkich oraz wymieniania się dziwnymi światopoglądowymi opiniami (broń Boże, żebym kiedyś tak skończyła!). Na pewno nie chciałabym się zastanawiać na głos, w wieku dobiegającym do 40 lat, co bym robiła, gdyby mój mąż został prezydentem. Bo oczywiście najlepszym momentem na takie rozważania jest godzina 5 rano i oczekiwanie na lot Ryanairem, z biletem kupionym po kosztach i miejscem – jak mniemam – 11B2. Pełen prestiż.
Małe zwycięstwo, duże zmęczenie
Ja chyba dołączyłam do ekskluzywnego programu Ryanair Premium, bo bez dopłacania wylosowało mi się miejsce przy oknie, i to w dodatku to samo, jakie miałam podczas poprzedniego lotu (za które wtedy dopłacałam). Większość lotu przespałam, ale udało mi się jeszcze przed tym być świadkiem pięknego wschodu słońca.


Na miejsce dolecieliśmy 15 minut przed czasem. Dochodziła godzina 08:00 rano, idealna pora, żeby po tej wyczerpującej nocy położyć się spać. Ale gdzie tam – pojechałyśmy jeszcze z koleżanką na uczelnię podbić legitymacje. Nie był to może najmądrzejszy pomysł, ale chociaż jedna formalność była z głowy. A ja i tak przez cały dzień nie położyłam się spać ani na chwilę.

To teraz tradycyjne podsumowanie, bo każda, nawet najkrótsza podróż, na nie zasługuje. Sam Mediolan nie zachwycił mnie specjalnie – to typowa turystyczna miejscówka, niewyróżniająca się niczym szczególnym. Gdy jest ładna pogoda, można odbyć po mieście dłuższy spacer, ale gdy pada… no cóż, to już zupełnie inna historia. Natomiast nad Jezioro Como zdecydowanie warto się wybrać podczas wycieczki w tamte okolice, nawet dla samych widoków. Chociaż to też bardzo turystyczne miejsce i, jak pokazuje mój przypadek, można się tam poczuć, jakby wcale nie wyjechało się z Polski. Myślę, że uroku tej wycieczce dodały wszystkie przygody, które spotkały nas po drodze. Nie licząc tego, że całe zamokłyśmy, wyjazd oceniam jako udany. Ale na kolejną podróż na pewno wybiorę zdecydowanie inny kierunek niż Włochy.
- Internetowy mem będący celowo zniekształconą formą wyrażenia „Polska górą”. Używany najczęściej ironicznie lub humorystycznie do wyrażenia przesadnej, stereotypowej dumy narodowej, często w kontekście sukcesów sportowych lub w formie żartu naśladującego potoczne, niepoprawne językowo wypowiedzi. ↩︎
- Celowo wskazane miejsce jako detal wzmacniający ironię: w samolotach linii Ryanair rząd 11 należy do tych, w których nie ma okna, a litera „B” oznacza środkowy fotel. Oznacza to brak widoku i konieczność siedzenia „wciśniętym” między innymi pasażerami. Taki konkretny, mało komfortowy szczegół dodatkowo podbija kontrast między wyobrażeniem prestiżu (rola pierwszej damy) a rzeczywistością taniego lotu. ↩︎

Dodaj komentarz