Po wszystkich przeżyciach weselnych nadszedł czas na kolejną część naszej indyjskiej eskapady, czyli samodzielną eksplorację kraju pełnego kontrastów. Naszą przygodę miałyśmy rozpocząć lotem z Mumbaju do Delhi, skąd startowała dalsza część wyprawy po słynnym Złotym Trójkącie (czyli popularnej trasie obejmującej Delhi, Agrę i Jaipur). Jak się jednak później okazało, to właśnie indyjskie lotniska przygotowały dla nas największą liczbę niespodzianek, mini zawałów serca i testów cierpliwości. Ale od początku.
Dzień pierwszy: przygody na lotnisku, Taj Mahal i niespodziewany luksus
Na lotnisko w Mumbaju przyjechałyśmy z dużym wyprzedzeniem, tak by wszystko przebiegło zgodnie z planem. Nadanie bagażu przebiegło wyjątkowo sprawnie. Dla ciekawostki dodam, że udało mi się przewieźć gaz pieprzowy w walizce. Poinformowałam o tym pana z obsługi, który machnął tylko ręką, po czym zaczął prowadzić z nami luźną pogawędkę. Gaz kupił nam nasz indyjski kuzyn, który uznał, że będzie spokojniejszy o nasze bezpieczeństwo, jeśli będziemy go mieć przy sobie. Tak więc, nie przejmując się obecnością kapsaicyny w bagażu rejestrowanym, pan wręczył nam bilety i życzył spokojnego lotu.
Równie bezproblemowo przeszłyśmy odprawę bezpieczeństwa i, zadowolone z ogromnego zapasu czasu, udałyśmy się pod bramkę wskazaną na wydrukowanych biletach. Na tablicy przy bramce widniał duży napis „Delhi”. Zadowolone rozsiadłyśmy się wygodnie na fotelach, każda zajęła się swoimi sprawami i chłonęłyśmy ten rzadki moment lotniskowego spokoju. Kiedy zbliżała się godzina boardingu, byłam całkowicie wyluzowana. W końcu na europejskich lotniskach boarding prawie nigdy nie zaczyna się punktualnie, a ewentualne zmiany przecież na pewno zostałyby ogłoszone przez głośniki No tak, tylko że to nie było europejskie lotnisko.

Minęło kilkanaście minut i nadal nic się nie działo. Zaczęło wydawać się to podejrzane, więc poszłyśmy poszukać tablicy odlotów. W końcu znalazłyśmy jedną, a tam… zupełnie inny numer bramki i wielki napis: „Gate closed” (Bramka zamknięta). To był prawdopodobnie największy zawał serca w całym moim życiu. Spanikowane pobiegłyśmy do nowej bramki, gdzie pani z obsługi z absolutnym spokojem oznajmiła nam, że samolot właśnie kołuje po płycie lotniska. Razem z naszymi walizkami w luku bagażowym. Nic takiego się nie stało. Dzień jak co dzień.
Skierowano nas do punktu obsługi klienta znajdującego się oczywiście na drugim końcu lotniska. Po drodze dołączył do nas bardzo sympatyczny Pan Indus, który również przegapił zmianę bramki. W tej całej sytuacji pocieszające było przynajmniej to, że nie byłyśmy jedynymi ofiarami indyjskiego systemu lotniskowego. Zostałyśmy przeprowadzone przez kilku kolejnych pracowników lotniska, jakbyśmy uczestniczyły w jakiejś „sztafecie” przekazywania problematycznych pasażerów. W międzyczasie ponownie sprawdzano nasze bagaże. Co ciekawe, gaz pieprzowy bez problemu właśnie krążył sobie po płycie lotniska, ale najwyraźniej uznano, że istnieje spore ryzyko, iż w hali odlotów zdążyłyśmy załatwić bombę.
Kiedy dotarłyśmy do punktu obsługi, naszym oczom ukazała się scena niczym z filmu katastroficznego. Jedna biedna pani siedziała za biurkiem otoczona przez około trzydziestu rozwścieczonych pasażerów, którym również odleciały samoloty. Pojęcie kolejki oczywiście nie istniało. Ludzie przepychali się, krzyczeli, a dwóch panów było już o krok od sprzedania sobie nawzajem legendarnego „gonga”. Czekałyśmy cierpliwie na swoją kolej razem z nowo poznanym „kumplem”, któremu również uciekł samolot.
Kiedy w końcu udało nam się dopchać do stanowiska, dowiedziałyśmy się, że „być może” uda się nas wsadzić na kolejny lot. Mamy wrócić za 30 minut. Po 30 minutach kazano nam wrócić za godzinę. Po godzinie nadal nic nie było wiadomo. „Proszę wrócić za kolejne 30 minut”. Z każdą kolejną próbą rozmowy czułyśmy, jak powoli tracimy nie tylko cierpliwość, ale i resztki wiary, że ten dzień jeszcze się jakkolwiek ułoży.

Przy kolejnym podejściu pani z obsługi triumfalnie poinformowała nas, że właśnie otrzymała wiadomość, iż nasze walizki doleciały do Delhi. Naprawdę? Nie jestem Sherlockiem Holmesem, ale fakt, że nasze walizki wesoło leciały sobie Boeingiem do Delhi, wiedziałam już dwie godziny wcześniej. Na szczęście udało się kupić bilety na kolejny lot za całkiem rozsądną dopłatą. Problem polegał tylko na tym, że miałyśmy bardzo mało czasu. Tym razem odprawa bezpieczeństwa postanowiła jednak przestać być przyjazna. Mój zielono-pomarańczowy Kanken został skierowany do dodatkowej kontroli. Pan z obsługi z absolutnym spokojem wyciągał po kolei wszystkie przekąski, kosmetyki i ładowarki, podczas gdy ja mentalnie żegnałam się już z drugim lotem tego dnia. W końcu odzyskałam plecak i zaczęłyśmy biec.
Nauczone porannym doświadczeniem dwa razy sprawdziłyśmy numer bramki na tablicy odlotów, a nie na wydrukowanym bilecie. G56. Obie widziałyśmy dokładnie ten sam numer widniejący przy naszym numerze lotu. Ruszyłyśmy szybkim krokiem, kiedy nagle obok nas zatrzymała się pani kierująca lotniskowym meleksem i zaproponowała podwózkę. Zachwycone tym nagłym „uśmiechem losu” chętnie zaakceptowałyśmy ofertę podwózki. Tak oto złapałyśmy autostop na lotnisku w Mumbaju. Po paru minutach przejażdżki lotniskowym rydwanem ognia byłyśmy przy bramce. Boarding trwał w najlepsze, na ekranie widniał napis „Delhi”, więc odetchnęłyśmy z ulgą, wyciągnęłyśmy karty pokładowe i ustawiłyśmy się w kolejce pasażerów.
I wtedy Indie, w trosce o pełnię wrażeń, postanowiły dorzucić nieplanowany zwrot akcji
Miałyśmy lecieć liniami IndiGo, tymczasem przy bramce widniało Air India. Zawał serca numer dwa. Zdezorientowane pobiegłyśmy do obsługi, ale nikt nic nie wiedział. Dopiero kolejna tablica odlotów uświadomiła nam brutalną prawdę, właściwa bramka wcale nie była G56, tylko A37 i znajdowała się na drugim końcu lotniska. I wtedy rozpoczął się bieg ratunkowy z nadzieją, że jakimś cudem zdążymy na czas.
Na granicy wycieńczenia biegłyśmy przez ogromne lotnisko w Mumbaju, które (jakby ktoś miał wątpliwości) do małych nie należy. W płucach czułyśmy już wyraźne palenie, ale dzielnie i uparcie biegłyśmy dalej. Mijając kolejne hale, sklepy i ludzi patrzących na nas z wyraźnym zaciekawieniem, nogi poruszały się już bardziej z rozpędu niż z własnej woli, niesione ostatnią, desperacką nutą nadziei, że może jednak los uzna, iż wystarczy nam już emocji na dziś. Kiedy dobiegłyśmy do odpowiedniej bramki, na pokład wchodziła ostatnia dwójka pasażerów. Zdążyłyśmy w ostatniej sekundzie. Dosłownie.
Siadając na swoich miejscach w samolocie, próbowałyśmy złapać oddech i dojść do siebie po sprincie przez całe lotnisko i emocjach ostatnich kilku godzin. Wtedy zrozumiałyśmy jedną bardzo ważną rzecz: jeśli w Indiach spóźnisz się na boarding, nikt nie będzie cię wołał przez głośnik. Nie usłyszysz dramatycznego „This is the final boarding call for passengers flying to Delhi” (To jest ostatnie wezwanie do wejścia na pokład dla pasażerów lecących do Delhi). Nikogo nie obchodzi, że się zgubiłeś, zasiedziałeś albo zaufałeś wydrukowanemu biletowi.
Bramki się zamykają. Samolot odlatuje.
Witamy w Indiach.

Po przylocie do Delhi Indie w końcu postanowiły nam trochę odpuścić. Niespodziewanie szybko i łatwo znalazłyśmy nasze walizki, które cierpliwie czekały od paru godzin w punkcie odbioru bagaży zaginionych. Przy wyjściu z terminala odnalazłyśmy naszego kierowcę i towarzysza na najbliższy tydzień. Całe szczęście, że trzymał karteczkę z naszymi nazwiskami. Okazało się bowiem, że nasz kierowca znał zaledwie parę słów w języku angielskim, przez co rozmowa początkowo okazała się nie lada wyzwaniem. Jednak szybko stworzyłyśmy własny system komunikacji, składający się z angielskiego (opierającego się na ulubionym zwrocie naszego kierowcy „no problem”), mieszanki marathi, polskiego oraz intensywnej gestykulacji. Nasz kierowca okazał się bardzo pogodną i sympatyczną osobą i po paru godzinach, coraz lepiej rozumiejąc się nawzajem, ucinaliśmy dłuższe i krótsze pogawędki. Tak więc rozpoczął się nasz pierwszy, pamiętny dzień podboju północnej części Indii.
Nasza trasa miała bazować na słynnym Złotym Trójkącie, obejmującym Delhi, Agrę i Jaipur. Naszą przygodę planowałyśmy rozpocząć od Taj Mahal, który jako jedna z najsłynniejszych indyjskich ikon był jednym z obowiązkowych punktów na naszej liście. Aby jednak tam dotrzeć, musiałyśmy przejechać przez całe Delhi, a następnie kolejne 4 godziny, aby dotrzeć do stanu Uttar Pradesh, gdzie znajduje się ta słynna budowla. Co ciekawe, samo Delhi nie jest częścią żadnego stanu i jako siedziba rządu Indii ma status terytorium unijnego. Samo Delhi zdecydowałyśmy się pominąć, gdyż cała nasza rodzina stanowczo nam to odradzała. A skoro localsi twierdzą, że dwie młode białe dziewczyny nie powinny krzątać się po Delhi, to coś musi być na rzeczy. Miasto to jest oficjalnie zamieszkane przez ponad 30 milionów ludzi. Liczba ta czyni Delhi jednym z najbardziej zaludnionych miast świata. Dla porównania, w całej Polsce mieszka obecnie około 38 milionów ludzi (niewiele więcej niż w jednym indyjskim mieście!). Przejeżdżając przez to miasto, stwierdziłyśmy, że nie tylko zamieszkuje je niewiarygodna liczba ludzi, lecz również krów. Można je było spotkać praktycznie na każdej ulicy. Czasami leżały na środku głównej drogi, gdzie trzeba było się niemało natrudzić, aby je wyminąć. Powiedzenie „święta krowa” nie wzięło się znikąd, bowiem nikt nie miał czelności, aby je przegonić czy zaczepiać, a pędzące riksze i samochody omijały je ze wszystkich możliwych stron świata. Te rogate stwory naprawdę powodują ogromne zamieszanie i korki! Po niecałej godzinie udało nam się wyjechać z szalonego Delhi i wjechać na spokojniejsze drogi.
W końcu dotarłyśmy do Taj Mahal, gdzie spotkałyśmy również naszego przewodnika, który miał nam przedstawić historię tego niezwykłego miejsca. Przed wejściem do kompleksu pałacowego poszłyśmy kupić bilety, a nasz przewodnik ostrzegł nas przed małpami, które – jak się okazało – również w tej części Indii polowały na nieszczęsnych turystów. Po historiach, które słyszałyśmy na Elephanta Caves, pochowałyśmy telefony i przekąski głęboko do plecaków. Po przejściu kontroli ruszyłyśmy na zwiedzanie Taj Mahal. Nawet w tak turystycznym i popularnym miejscu wzbudzałyśmy zainteresowanie. Co chwilę podchodzili do nas hinduscy mężczyźni, pytając, czy zrobimy sobie z nimi zdjęcie. W tamtym momencie cieszyłyśmy się, że był z nami przewodnik, który pełnił rolę „bodyguarda” i odpędzał zaczepiających nas mężczyzn. Niektórym nawet pokazywał nasze tatuaże z henny, mówiąc, że jesteśmy już naznaczone Indiami. Oczywiście na niewiele się to zdało, choć intencje były dobre. No ale przejdźmy do samego Taj Mahal, gdyż jest to miejsce z niezwykle ciekawą historią.

Szach Jahan był piątym władcą imperium Wielkich Mogołów w Indiach. W trzecim roku jego rządów zmarła ukochana żona, Mumtaz Mahal, po porodzie ich czternastego dziecka. Zrozpaczony władca niemal natychmiast rozpoczął budowę mauzoleum, które miało stać się jej godnym miejscem spoczynku. Tak powstał Taj Mahal, nazywany w dawnych tekstach „Świetlistym Nagrobkiem”. Już samo wejście do kompleksu robi ogromne wrażenie. Przechodzi się przez monumentalną bramę z czerwonego piaskowca, za którą nagle ukazuje się Taj Mahal stojący na końcu długiego kanału wodnego. Całość jest perfekcyjnie symetryczna, a białe marmurowe mauzoleum kontrastuje z dwoma identycznymi budynkami z czerwonego piaskowca po bokach. Jeden z nich to meczet, a drugi to tzw. jawab, który pełni głównie funkcję estetycznej równowagi.

Sam budynek zachwyca prostotą i jednocześnie ogromnym rozmachem. Jest zwieńczony charakterystyczną kopułą i otoczony czterema smukłymi minaretami, które pełnią raczej funkcję dekoracyjną niż religijną. Wnętrze skrywa symboliczne grobowce Mumtaz Mahal i Szacha Jahana, podczas gdy ich rzeczywiste szczątki znajdują się poziom niżej. Co ciekawe, mimo swojej nazwy (słowo „mahal” w wielu językach Azji Południowej i Bliskiego Wschodu oznacza „pałac”), Taj Mahal wcale nie jest pałacem. Od samego początku był projektowany jako mauzoleum i miejsce pamięci, a nie do zamieszkania. To, co jednak robi największe wrażenie z bliska, to detale. Marmurowe ściany są bogato zdobione kamieniami półszlachetnymi, takimi jak koral, onyks, karneol czy lapis lazuli, a także rzadkimi kamieniami określanymi jako „Star of India”. To tylko podkreśla luksus i rozmach całej budowli. Wzory roślinne i misternie wykonane arabeski mają symbolizować raj na ziemi. Na ścianach można dostrzec również wersy z Koranu, zaprojektowane w sprytny sposób. Litery u góry są większe, dzięki czemu z dołu wszystko wydaje się idealnie proporcjonalne.


Taj Mahal zmienia również swój kolor w zależności od pory dnia i światła. O świcie delikatnie różowieje, w ciągu dnia jest śnieżnobiały, a przy zachodzie słońca przybiera złote odcienie. Przy pełni księżyca wygląda niemal nierealnie, jakby lekko świecił.


Budowa całego kompleksu trwała ponad 20 lat i zaangażowała tysiące rzemieślników oraz artystów z różnych części Azji, co pokazuje skalę przedsięwzięcia. Z budowlą wiąże się też kilka legend. Jedna z nich mówi, że po jej ukończeniu władca kazał odciąć ręce robotnikom, aby nigdy nie stworzyli nic równie pięknego, choć nie ma na to dowodów. Inna opowieść wspomina o planach stworzenia tzw. czarnego Taj Mahal, bliźniaczej budowli z czarnego marmuru po drugiej stronie rzeki, która miała być grobowcem samego władcy. Historia Szach Jahan ma też swój bardziej osobisty i poruszający finał. Został on uwięziony przez własnego syna w Czerwonym Forcie w Agrze, gdzie spędził ostatnie lata życia. Mówi się, że z balkonu swojego pałacu codziennie patrzył na Taj Mahal, miejsce spoczynku swojej ukochanej, i symbolicznie „jadł z nią śniadania”, mając ją cały czas w zasięgu wzroku.

Następnym punktem naszej wyprawy miał być Czerwony Fort w Agrze. Niestety, ze względu na późniejszy lot i poranne przygody, zabrakło nam czasu, aby wejść do fortu i zobaczyłyśmy go jedynie z oddali, spod głównej bramy. Sam fort to ogromna, ufortyfikowana rezydencja królewska, która przez lata była główną siedzibą władców z dynastii Wielkich Mogołów, zanim przenieśli stolicę do Delhi. Przez moment było nam przykro, że nie udało się wejść do środka, ale pogodziłyśmy się z faktem, że przygody są integralną częścią podróży, przez co trzeba być elastycznym. Kto wie, może kiedyś uda się nam wrócić w tę część Indii 🙂

Na zakończenie dnia zapytałam naszego przewodnika niezobowiązująco, czy gdzieś w okolicy można kupić kamień „Star of India”, ponieważ wydał mi się unikatową pamiątką z Indii dla mojej przyjaciółki, a fakt, że sam Taj Mahal jest nim ozdobiony, dodał mu jeszcze więcej uroku. Przewodnik oczywiście szybko znalazł odpowiedni sklep, którego właściciel swoją drogą pewnie był jego znajomym. Ahh, nie ma to jak networking w indyjskim wydaniu. Właściciel sklepu oprowadził nas po swoim kompleksie, gdzie poza biżuterią miał w ofercie dziergane tkaniny, malowane obrazy oraz wiele innych rzeczy, które usilnie chciał nam sprzedać. Finalnie zdecydowałam się na kupno małego kamienia, choć osobiście uważam, że mocno przepłaciłam, a właściciel sklepu był wyraźnie niezadowolony, że jego starania poszły na marne i nie kupiłyśmy nic więcej.

Ten dzień pełen wrażeń zakończyłyśmy w naszym hotelu, który swoją drogą okazał się pięciogwiazdkowym kompleksem, choć miał być to bardziej budżetowy nocleg. Poczułyśmy się niekomfortowo, gdyż zawsze oszczędzamy na noclegach i wybieramy tańsze miejscówki, chcąc mieć więcej budżetu na inne rzeczy. Okazało się, że agencja, przez którą organizowałyśmy wycieczkę, zrobiła nam darmowego „upgrade’a”. Nasz kierowca miał spać w innym, tańszym hotelu, przez co również czułyśmy się dziwnie nieswojo. W każdym razie, zmęczone po całym dniu, dałyśmy mu 500 rupii napiwku (odpowiednik około 20 polskich złotych), a nasz kierowca bardzo się ucieszył. Jak się później okazało, te 500 rupii miały dla niego zupełnie inną wartość… W każdym razie, po znalezieniu się w naszym pokoju, zjadłyśmy jedną z niewielu „europejskich” kolacji w Indiach w postaci club sandwicha i poszłyśmy spać.
Dzień drugi: problemy żołądkowe, test gazu pieprzowego i Fatehpur Sikri
Club sandwicha w indyjskim wydaniu na kolację miałyśmy jeszcze w pamięci, gdy Dorota spędzała nieszczęsny poranek w łazience, a ja poszłam na śniadanie z zamiarem skonfiskowania jej jakiegoś suchego, lekkostrawnego prowiantu. Jak na pięciogwiazdkowy hotel przystało, śniadanie okazało się pełnym wypasem, choć nigdy nie zrozumiem idei marnowania tak olbrzymiej ilości jedzenia. Gdy po śniadaniu zapytałam, czy mogę zabrać ze sobą małe pieczone chlebki dla umierającej towarzyszki przygód, kelnerka nie zgodziła się, ale obiecała, że jej kolega przyniesie je do naszego pokoju. Mówiłam, że nie ma potrzeby fatygować się trzy piętra do góry, ale widząc, że i tak nie wygram tego starcia, zgodziłam się. Po paru minutach kelner w garniturze przyniósł parę kawałków chlebka do naszego pokoju, co wyglądało dość komicznie, ponieważ podał je pod przykryciem na srebrnej tacy . Po śniadaniu musiałyśmy się również spakować, ponieważ ruszałyśmy w dalszą drogę i byłyśmy umówione z naszym kierowcą.
Tego samego poranka wpadłam na najprawdopodobniej najmniej genialny pomysł w moim życiu. Czekając, aż Dorota dopakuje swoje ostatnie rzeczy do walizki, stwierdziłam, że przetestuję, czy w razie zagrożenia nasz gaz pieprzowy nadaje się do użytku. Stwierdziłam, że nacisnę buteleczkę na dosłownie milisekundę, aby sprawdzić czy działa (w tamtym momencie mój mózg zupełnie nie przemyślał konsekwencji rozpylenia kapsaicyny w zamkniętym pokoju hotelowym – nie oceniajcie mnie, nie mam nic na usprawiedliwienie swojej głupoty). Na nasze nieszczęście gaz pieprzowy działał, a moja milisekunda przeciągnęła się w sekundowe rozpylenie. Skutki możecie sobie wyobrazić sami- momentalnie dopadł nas dławiący kaszel, a oczy zaszły łzami. Otworzyłyśmy wszystkie możliwe okna i drzwi, a pakowanie dokończyłyśmy na korytarzu, zanosząc się kaszlem. Widząc twarz Doroty, myślałam, że mnie poćwiartuje na miejscu, nie dość, że miała problemy żołądkowe, to jeszcze zafundowałam jej darmową inhalację kapsaicyną. Wcale się jej nie dziwię, sama na jej miejscu miałabym ochotę mnie poćwiartować… Ku przestrodze, jeśli ktoś planuje podobny eksperyment z gazem pieprzowym, nawet na jedną milisekundę – zdecydowanie nie polecam.
Gdy kaszel w końcu nas opuścił, wymeldowałyśmy się z hotelu i przy recepcji spotkałyśmy naszego kierowcę, który był w bardzo dobrym humorze, w przeciwieństwie do naszego nastawienia po porannym starciu z kapsaicyną. Tego dnia zaplanowałyśmy podróż do parku narodowego Ranthambore, a po drodze miałyśmy zatrzymać się w Fatehpur Sikri. Niestety, z każdą kolejną minutą żołądek Doroty dawał się coraz bardziej we znaki, więc kierowca zaproponował, żeby zatrzymać się w aptece. Choć zwykle unikałyśmy spontanicznego kupowania leków w Indiach, tym razem zdecydowałyśmy się zrobić wyjątek. Apteką okazał się mały stragan, tuż przy targowisku. Na szczęście rzekomy aptekarz dobrze mówił po angielsku, więc udało mi się wytłumaczyć, jakie objawy ma Dorota, a on sprzedał mi dwa rodzaje tabletek, mówiąc, aby przyjąć po jednej z nich natychmiast. Nie mogłam pozbyć się obaw, że podając Dorocie tabletki z przypadkowego straganu, ryzykuję jej zdrowie. Wygooglowałyśmy leki, które rzekomo miały być przeciwwymiotne, a ja dodatkowo skonsultowałam je z żoną mojego kuzyna, która jest lekarzem. Po chwili Dori zaczęła się czuć coraz lepiej, ku mojemu zadowoleniu, choć wciąż miałam wyrzuty sumienia po porannym incydencie.


Niedługo dotarłyśmy do kolejnego punktu naszej wyprawy – opuszczonej stolicy mogołów Fatehpur Sikri. Na miejscu spotkałyśmy naszego przewodnika, który opowiedział nam historię miasta, które zostało zbudowane w XVI wieku przez cesarza Akbara Wielkiego. Jest to ogromny kompleks pałaców, meczetów i dziedzińców z czerwonego piaskowca. Najbardziej wyróżniające się miejsca to Buland Darwaza (majestatyczna brama), Maja Masjid (równie majestatyczny meczet) oraz Panch Mahal (wielopoziomowy pałac o unikalnej architekturze). Miasto zostało zaplanowane jako idealna stolica imperium Mogołów, łącząca różne style architektoniczne (islamskie, hinduskie i perskie) jak również różne religie, kultury i style życia. Co ciekawe Akbar próbował stworzyć własną religię – Din-i Ilahi, łączącą różne wierzenia. Samo miasto było stolicą tylko ok. 1571–1585. Niestety region był bardzo suchy, a zasoby wodne niewystarczające dla dużego miasta i dworu cesarskiego. Fatehpur Sikri był zlokalizowany również w lokalizacji z dala od głównych szlaków politycznych i handlowych. Akbar postanowił przenieść się bliżej północno-zachodnich granic imperium Miasto nie zostało całkowicie zniszczone, Dzięki temu dziś jest jednym z najlepiej zachowanych historycznych miast w Indiach.




Po zakończeniu zwiedzania zahaczyłyśmy o mały sklepik z pamiątkami. Właśnie w tym miejscu odkryłam słoniki „ręcznie wyrabiane przez lokalną społeczność”, które okazały się dokładnie tymi samymi słonikami, jakie były rzekomo „ręcznie wyrabiane przez lokalną społeczność” na wyspie Elephanta, którą opisywałam w pierwszej części mojej wyprawy do Indii. Pan sprzedający pamiątki usilnie próbował nam wcisnąć dosłownie wszystko, w tym oczywiście słoniki. Grzecznie odmówiłam, mówiąc, że już taką pamiątkę z Indii posiadam. Coraz bardziej zaczęła nam też doskwierać perspektywa bycia traktowanymi jak chodzący worek pieniędzy tylko dlatego, że jesteśmy białe. Lokalni Indusi próbowali sprzedać nam dosłownie wszystko – od „ręcznie wyrabianych” bransoletek czyjejś córki po szale składane bogom na szczęście. Mimo że samo miejsce jest zdecydowanie warte odwiedzenia, ciągłe zaczepianie i wciskanie suwenirów potrafi dać się we znaki nawet najbardziej cierpliwej osobie (nie wspominając już o nieustannych prośbach o wspólne zdjęcia).Jestem osobą, stara się kupować rękodzieła wspierające lokalną społeczność, ale niestety miałam wrażenie, że w Indiach ten pamiątkowy marketing nie był do końca szczery”. Z ulgą wsiadłyśmy więc do samochodu i ruszyłyśmy do parku narodowego Ranthambore.

Sama podróż do Ranthambore National Park była tym momentem wyprawy, który całkowicie zmienił moją perspektywę na życie. Jadąc przez kilka godzin, mogłyśmy obserwować, jak żyje większość ludzi w Indiach. Mimo że slumsy widziałyśmy już wcześniej w Mumbaju, to życie ludzi poza wielkimi miastami uderzyło mnie znacznie mocniej. Do dziś nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, by opisać warunki, w jakich przyszło żyć ogromnej części społeczeństwa. Czasami był to po prostu kawałek plandeki rozłożony przy drodze albo „dom” sklecony z wszystkiego, co akurat udało się znaleźć pod ręką. Nie wspominając o braku podstawowych udogodnień, takich jak dostęp do bieżącej wody czy prądu. Wokół biegały wychudzone psy i krowy, a dzieci na bosaka chodziły po błocie wymieszanym z krowimi odchodami. Do tego sterty śmieci dosłownie wszędzie.
Siedząc w aucie z prywatnym kierowcą, poczułam się jak arogancka europejska turystka, która przyjechała oglądać całe to widowisko zza szyby klimatyzowanego samochodu. W tamtym momencie bardzo mocno dotarło do mnie, że większość tych ludzi nigdy nie będzie mogła pozwolić sobie nawet na wycieczkę do innego miasta, nie mówiąc już o lotach krajowych czy zagranicznych. Podobnie wygląda dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej (a raczej jego braku)1. To doświadczenie jeszcze bardziej przypieczętowała rozmowa z naszym kierowcą. Zwierzył mi się, że pracuje 7 dni w tygodniu, bez żadnych dni wolnych, za pensję wynoszącą 9000 rupii miesięcznie, czyli około 400 zł. Za tę kwotę musiał utrzymać żonę i dwie córki. W tamtym momencie zrozumiałam, dlaczego tak bardzo ucieszył się z napiwku w wysokości 20 zł, który dla nas oznaczał jedną kawę na mieście mniej, a dla niego możliwość nakarmienia dzieci przez kilka dni.
Było mi wstyd za to, jak bardzo nie doceniam tego, co mam. Resztę podróży spędziłam w milczeniu, obserwując życie ludzi za oknem. Uderzające było również to, że mimo skrajnej biedy i braku rzeczy, bez których my nie wyobrażamy sobie codzienności, widziałam wiele uśmiechniętych i życzliwych twarzy. Ludzi, którzy pomimo ogromnych przeciwności losu potrafili odnaleźć sens życia i powody do uśmiechu. A my tak bardzo narzekamy, mimo że mamy jeden z najsilniejszych paszportów na świecie, możemy spontanicznie polecieć na weekend do Rzymu, mamy płatne urlopy, ubezpieczenia społeczne, a po powrocie do domu czeka na nas gorący prysznic i lodówka pełna jedzenia. W tamtym momencie naprawdę było mi wstyd i nie potrafiłam opisać emocji, które kotłowały się we mnie przez resztę dnia.
Tamten moment całkowicie zmienił mój sposób postrzegania świata, podróży i własnego życia. Gdy dojechałyśmy na miejsce, oczywiście dałyśmy naszemu kierowcy napiwek, po czym z ogromnymi wyrzutami sumienia zameldowałam się w kolejnym fancy hotelu. Nasz kierowca pojechał gdzieś dalej, co tylko pogłębiło tę dziwną mieszankę emocji. Jedynym pozytywnym aspektem końcówki dnia był fakt, że Dori zaczęła czuć się lepiej. Ja natomiast, po wypiciu masala chai, poszłam tego dnia spać wyjątkowo wcześnie.

Dzień trzeci: w poszukiwaniu tygrysów i ciężka przeprawa do Jaipuru
Trzeciego dnia naszej wycieczki miałyśmy zaplanowany wyjazd do parku narodowego Ranthambore w poszukiwaniu tygrysów i innych zwierzaków. Ponieważ wyprawa zaczynała się dopiero po południu, poranek spędziłyśmy leniwie – wylegując się na leżakach i próbując złapać trochę słońca (Dori uznała, że nie może wrócić z Indii całkowicie blada i liczyła, że ciemniejszy odcień skóry będzie mniej przyciągał uwagę hinduskich absztyfikantów).

Po południu przyjechał po nas przewodnik dużym terenowym autem, w którym siedziało już kilku pasażerów. Po kilkunastu minutach jazdy i zgarnięciu ostatnich uczestników wjechałyśmy do parku. Szybko okazało się, że podobnych samochodów było kilkadziesiąt, a każdy dokładał swoją cegiełkę do hałasu generowanego przez setki ludzi i pojazdów. Już na samym początku wiedziałyśmy, że jeśli w tej części parku były jakiekolwiek tygrysy, to na pewno dawno zdążyły się pochować. Wjeżdżając do parku, warto też zwrócić uwagę na strefę. Największe szanse na zobaczenie tygrysów są zwykle w strefach 1–5, czyli tzw. core zone. My trafiłyśmy do strefy 11, która (jak się później okazało) była raczej słabą bazą wypadową do ich poszukiwań. Równie ważna jest pora dnia: najlepiej wybrać się wcześnie rano, ponieważ tygrysy są zwierzętami nocnymi i zmierzchowymi, czyli najbardziej aktywnymi o świcie, wieczorem i w nocy (oczywiście tę „cenną” wiedzę zdobyłyśmy dopiero po wycieczce).


Sam park o tej porze roku był dość suchy i momentami monotonny. W pewnym momencie wszyscy przewodnicy dostali sygnał, że namierzono tygrysa. Nagle wszystkie terenówki ruszyły w jednym kierunku, pędząc ile sił w kołach. Na szutrowych, dziurawych drogach samochodami rzucało na wszystkie strony, a pasażerowie co chwilę podskakiwali w powietrzu, kurczowo trzymając się siedzeń i schylając głowy, żeby nie nadziać się na zwisające gałęzie (auta były bez dachu). Z boku musiało to wyglądać dość komicznie, ale nam zdecydowanie podniosło tętno. Na miejscu rzekomego pobytu tygrysa zebrało się kilkadziesiąt aut i szybko utworzył się spory korek. Oczywiście tygrys zdążył zniknąć tak skutecznie, że żadne czujne oczy wygłodniałych turystów nie były w stanie go wypatrzeć. Więcej fałszywych alarmów już nie było, więc musiałyśmy pogodzić się z faktem, że tygrysów w Indiach jednak nie zobaczymy.



Mimo wszystko nie wróciłyśmy z pustymi rękami – udało nam się zobaczyć kilka innych zwierząt, m.in. sambary indyjskie (duże jelenie), pawie, zimorodki, sroki orientalne i jedną mangustę. Choć liczyłyśmy na trochę więcej i nie byłyśmy przygotowane na aż taką liczbę turystów, samo doświadczenie było na swój sposób unikalne. Osobiście uważam jednak, że park powinien wprowadzić większe ograniczenia liczby odwiedzających, byłoby to lepsze zarówno dla poszukiwaczy tygrysów jak i dla samych zwierząt, które mogłyby mieć więcej ciszy i spokoju.




Po naszej offroadowej wyprawie wróciłyśmy do hotelu, gdzie czekał już na nas kierowca. Kolejnym przystankiem miał być Jaipur, w którym planowałyśmy spędzić ostatnie dwie noce. Okazało się, że był to kolejny odcinek podróży, który mocno zmienił nasze spojrzenie na wiele rzeczy. Po około godzinie jazdy nasz kierowca zaczął się czuć gorzej, co chwilę łapał się za plecy i było widać, że czuje doskwierający ból. Zaproponowałyśmy postój przy przydrożnej restauracji co przyjął z wyraźną ulgą. Na miejscu kupiłyśmy mu herbatę, pomimo jego początkowych protestów. Sam nie chciał jej kupić, wyraźnie próbując oszczędzać nawet na takich drobnych rzeczach…
Kiedy wróciłyśmy z łazienki i krótkiej przerwy, jego stan był już naprawdę zły. Ból pleców był tak silny, że nie był w stanie normalnie stać, a co dopiero prowadzić. Zaproponowałyśmy leki przeciwbólowe i odpoczynek, ale nie chciał nic przyjąć i uparcie powtarzał, że lada moment ruszymy dalej. Tylko że „lada moment” nie nastąpił, a on wyglądał coraz gorzej. W końcu zaproponowałyśmy, że możemy przerwać podróż i żeby spróbował zorganizować zastępstwo. Od razu się nie zgodził i poprosił, żebyśmy nie kontaktowały się z jego pracodawcą. Okazało się, że taka niedyspozycja mogłaby kosztować go pracę, a na jego miejsce bez problemu znalazłoby się wielu chętnych. Dla nas to było oczywiste, że w takim stanie nie powinien pracować. Dla niego to była opcja, na którą po prostu nie mógł sobie pozwolić. Obiecałyśmy nic nie mówić, choć było to dla nas bardzo ciężkie.
Po chwili przyjechał jego znajomy i próbował mu pomóc w dość niecodzienny sposób – złapał go pod pachy, uniósł w powietrze i zaczął nim energicznie potrząsać, jakby próbował „wytrząsnąć” z niego ból. Wyglądało to dość brutalnie, ale chyba trochę pomogło, bo kierowca zdecydował się jechać dalej. W trakcie drogi kilka razy proponowałyśmy kolejne przerwy i leki, ale za każdym razem odmawiał. Było widać, że plecy sprawiają mu olbrzymi ból, momentami wręcz się skręcał, ale mimo to jechał dalej. Do Jaipuru dotarłyśmy późnym wieczorem. Nasz kierowca obiecał, że odpocznie, a my zameldowałyśmy się w hotelu, który ku naszej uldze był zwykłym 3-gwiazdkowym miejscem, bez ociekającego luksusu.
To był kolejny moment tej podróży, kiedy poczułyśmy się z tym wszystkim po prostu źle. Z jednej strony my, które możemy swobodnie podróżować i po powrocie do naszego stabilnego życia pozwolić sobie na odpoczynek w domu w razie choroby, a z drugiej strony on, który nawet w takim stanie musi pracować, żeby nie stracić źródła dochodu i utrzymać swoją rodzinę, bez realnej możliwości wyjazdu z Indii przez całe swoje życie… Bardzo mocno uderzyło nas to, jak bardzo miejsce urodzenia potrafi determinować całe życie. Nie chodzi tylko o wygodę, ale o podstawowe poczucie bezpieczeństwa i wybór, którego ktoś inny zwyczajnie nie ma.
Dzień czwarty: sanktuarium słoni i małpi napad
Czwarty i zarazem ostatni dzień naszej podróży rozpoczęłyśmy od śniadania w hotelu. Okazało się, że był to hotel biznesowy, większość gości była elegancko ubrana, a panowie nosili garnitury. Mimo to nie powstrzymywali się przed ostentacyjnym wpatrywaniem się w nasz stolik czy robieniem nam zdjęć, gdy nakładałyśmy płatki śniadaniowe. Ostatni dzień bycia celebrytkami był zdecydowanie przed nami.
Gdy wracałyśmy do naszego pokoju, zaczepił nas mężczyzna w średnim wieku. Być może zbyt pochopnie i wyniośle go zignorowałyśmy i przepchałyśmy się w stronę windy. Jak się później okazało, był to nasz przewodnik. Za nasze zachowanie przeprosiłam go dwukrotnie, tłumacząc się porannymi doświadczeniami śniadaniowymi. Okazało się również (ku naszej uldze), że nasz kierowca czuł się dużo lepiej, widocznie odpoczynek mu pomógł (albo inne metody lecznicze, które być może zastosował). Tego dnia miałyśmy w planie zwiedzanie Jaipuru oraz wizytę w sanktuarium słoni, czyli moment, na który osobiście czekałam najbardziej. W znacznie lepszych humorach wyruszyłyśmy więc na kolejną wyprawę.
W Jaipurze miałyśmy niestety ograniczony czas ze względu na zmianę godziny naszej wizyty w sanktuarium oraz problemy logistyczne z właścicielem agencji podróżniczej, która pomagała nam w organizacji wyprawy (nie będę tu wchodzić w szczegóły, ale niestety pojawiło się kilka nieporozumień podczas naszej wycieczki). W każdym razie udało nam się zobaczyć kilka naprawdę ciekawych miejsc w Jaipurze.

City Palace – rozległy kompleks pałacowy w samym sercu Jaipuru, który do dziś częściowo pełni funkcję rezydencji rodziny królewskiej. Łączy w sobie muzea, dziedzińce i bogato zdobione budynki z różnych epok. Szczególnie wyróżniają się kolorowe bramy i misternie zdobione wnętrza, które pokazują przepych dawnego dworu Radźputów. Do dziś część pałacu pozostaje prywatną rezydencją maharadży, a niektóre pomieszczenia nie są dostępne dla zwiedzających.





Jantar Mantar – XVII-wieczne obserwatorium astronomiczne, wpisane na listę UNESCO. Zbudowane przez maharadżę Jai Singha II, który był zafascynowany astronomią. Znajdują się tam ogromne, geometryczne instrumenty służące do mierzenia czasu, ruchu planet i położenia gwiazd. Co ciekawe, wiele z nich działa zaskakująco dokładnie nawet według współczesnych standardów. Największy z instrumentów – Samrat Yantra – to ogromny zegar słoneczny, który wskazuje czas z dokładnością do około 2 sekund.



Jal Mahal – „Pałac na wodzie”, położony na środku jeziora Man Sagar. Został zbudowany jako letnia rezydencja królewska, która miała zapewniać chłód w upalne dni. Obecnie nie jest dostępny do zwiedzania, więc oglądałyśmy go tylko z daleka, ale i tak wygląda bardzo malowniczo, szczególnie kiedy odbija się w wodzie i otaczają go wzgórza. Pałac był wielokrotnie zalewany po podniesieniu poziomu wody w jeziorze, dlatego przez lata pozostawał częściowo zaniedbany.

Amber Fort – imponująca forteca położona na wzgórzu, której budowę rozpoczęto w 1592 roku za panowania Raja Man Singha I . Dawna siedziba władców Radźputów, łącząca wpływy architektury hinduskiej i muzułmańskiej. Kompleks robi ogromne wrażenie skalą i detalami. Fort oferuje też piękne widoki na okoliczne wzgórza i jezioro Maota. Do Amber Fort można wjechać na słoniach, co jest jedną z bardziej turystycznych atrakcji Jaipuru, ale od razu zaniechałyśmy tej opcji ze względu na etyczne kontrowersje związane z tego typu formą „entertainmentu”. Słonie, ubrane w dekoracyjne tkaniny, są tam wykorzystywane do transportu turystów pod bramę fortu, co dla części osób wygląda efektownie, ale jednocześnie budzi sporo dyskusji dotyczących ich dobrostanu i warunków pracy.




Hawa Mahal – „Pałac Wiatrów”, jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli Jaipuru z charakterystyczną, różową fasadą i setkami małych okienek (jharokha). Został zaprojektowany tak, aby kobiety z królewskiego haremu mogły obserwować życie miasta, pozostając niewidoczne z zewnątrz. Niestety, ze względu na ograniczony czas nie udało nam się zobaczyć go z bliska.
Kolejnym etapem naszej podróży była wizyta w sanktuarium słoni, zdecydowanie „wisienka na torcie”. Czekałam na nią cały tydzień, bo od dziecka uważam słonie za niezwykle fascynujące i piękne zwierzęta, a możliwość obcowania z nimi była spełnieniem mojego marzenia. Od początku z Dori byłyśmy zgodne, że wybieramy wyłącznie etyczne miejsce – bez jazdy na słoniach i malowania ich farbami. W Indiach niestety jest to bardzo popularna turystyczna „atrakcja”, choć dla mnie kompletnie niezrozumiała. Uważam to za brak szacunku wobec tych wyjątkowych zwierzą. Zależało nam na edukacyjnej wyprawie, podczas której mogłybyśmy obserwować słonie w warunkach pozwalających im żyć spokojnie i godnie.
Już na etapie planowania tej ekspedycji w Polsce okazało się jednak, że znalezienie takiego miejsca jest nie lada wyzwaniem. Większość „sanktuariów” oferowała pakiety obejmujące przejażdżki, malowanie i kąpiele słoni. Z opinii wynikało również, że zwierzęta bywają przeciążane, pracują przez cały dzień, a po „sanktuarium” nadal są wykorzystywane turystycznie, na przykład przy przejażdżkach pod Amber Fort. Co więcej, wielu organizatorów, z którymi się kontaktowałyśmy, nie rozumiało, dlaczego odmawiamy przejażdżki na słoniach i próbowało nam „sprzedać” tą atrakcję, często ignorując nasze prośby o etyczne miejsce.
Sytuacja stała się jeszcze bardziej frustrująca dzień przed wyjazdem do Jaipuru, kiedy właściciel agencji, którą wybrałyśmy, poinformował nas, że zmienił zarezerwowane przez nas sanktuarium na inne – w którym w planie była jazda na słoniach i ich malowanie. Było to dla mnie szczególnie irytujące, ponieważ wcześniej same wybrałyśmy miejsce sprawdzone na wielu forach i stronach, z setkami wyłącznie pozytywnych opinii. Podkreślano tam, że słonie nie są w żaden sposób wykorzystywane do jazdy, a większość z nich została uratowana i żyje w godnych warunkach. Po stanowczej rozmowie udało nam się wrócić do pierwotnie wybranego miejsca i zrealizować wizytę zgodnie z naszymi założeniami, bez żadnych przejażdżek ani innych wątpliwych praktyk.
Niestety sytuacja słoni w Indiach wciąż bywa trudna, często są traktowane bardziej jak atrakcja niż żywe istoty. Dlatego warto bardzo dokładnie sprawdzać miejsca i organizatorów, by nie wspierać nieetycznych praktyk. Pieniądze turystów realnie napędzają cały ten system. Również przed wykupieniem przejażdżki na słoniu warto pamiętać, że nie są anatomicznie przystosowane do dźwigania ciężarów, a jazda na nich co może prowadzić do bólu i urazów.
I na litość boską – nie malujcie farbami po słoniach, proszę.
Ale tyle w temacie etyki – przejdźmy do gwiazdy programu.
Przed państwem: SŁOŃ INDYJSKI.

Po dojechaniu do naszego sanktuarium zostałyśmy bardzo ciepło przywitane przez właściciela i pracowników. Słoń, którego poznałyśmy, miał na imię Padma i okazało się, że jest jednym z uratowanych słoni. Padma była w średnim wieku, miała ponad 30 lat. Mogłyśmy posłuchać wielu ciekawych rzeczy o jej historii i o słoniach indyjskich, a także poczęstować nowo poznaną koleżankę gałązkami akacji i „słoniowymi czekoladkami” w postaci ogórków. Dowiedziałyśmy się, że Padma najbardziej lubi drapanie w środkowej części trąby oraz za uszami więc nie szczędziłyśmy jej głaskania. W międzyczasie właściciel z dużym zaangażowaniem odpowiadał na nasze pytania, a my miałyśmy też chwilę, żeby po prostu pobyć z Padmą i zrobić kilka zdjęć.


Przy okazji dowiedziałyśmy się też kilku ciekawostek o słoniach indyjskich.
- Słonie indyjskie żyją średnio około 48-55 lat, a w dobrych warunkach mogą dożyć nawet więcej.
- W porównaniu do słoni afrykańskich są nieco mniejsze i mają mniejsze uszy, często z delikatnymi różowymi przebarwieniami na skórze.
- Nie wszystkie słonie mają „kły”, a właściwie są to wydłużone siekacze, które u niektórych osobników są słabo rozwinięte albo nie występują wcale.
- Słonie wachlują uszami nie tylko po to, żeby wyglądać majestatycznie, ale przede wszystkim w celu regulacji temperatury ciała – uszy pełnią funkcję naturalnego „chłodzenia”, bo przepływają przez nie naczynia krwionośne, które oddają ciepło.
- Ich trąba to niezwykle złożony narząd , ma około 40 tysięcy mięśni i służy jednocześnie do oddychania, jedzenia, picia, dotyku i komunikacji. Co ciekawe, słonie potrafią też używać jej bardzo precyzyjnie, np. do podnoszenia drobnych przedmiotów czy delikatnego dotyku.
- Słonie są wyjątkowo inteligentne, mają bardzo dobrą pamięć, rozpoznają członków swojego stada nawet po wielu latach i potrafią okazywać emocje, takie jak empatia czy żałoba.
- Słonie żyją w silnie zorganizowanych strukturach społecznych, gdzie samice tworzą stabilne grupy rodzinne, a młode uczą się przez obserwację starszych osobników.
- Ciekawostką jest też to, że potrafią komunikować się na bardzo niskich częstotliwościach (infradźwiękach), niewyczuwalnych dla ludzi, dzięki czemu mogą „rozmawiać” ze sobą na duże odległości.

Na koniec naszej wizyty wyszłyśmy na spacer z Padmą wokół sanktuarium. Szła swoim „słoniowym” tempem, niczym niewzruszona. Słonie potrafią poruszać się nawet z prędkością około 40 km/h, ale tutaj wszystko było spokojne. Padma nie była również w żaden sposób poganiana, więc cały spacer miał niespieszny rytm. Po drodze minęłyśmy też kilka swobodnie wałęsających się byków (właściciel od razu nas ostrzegł, żeby przypadkiem się do nich nie zbliżać). Na koniec dałyśmy Padmie wodę ze szlauchu, śmiejąc się, że „tankujemy słonia”, ponieważ dosłownie wlewałyśmy jej wodę do trąby. Potem mogłyśmy jeszcze przemyć jej olbrzymią trąbę wilgotnymi gąbkami, co wyraźnie ją zrelaksowało w upalny dzień.


Po pożegnaniu z Padmą, która wróciła do reszty słoni, zostałyśmy zaproszone na kolację do domu żony właściciela sanktuarium. Zostałyśmy przyjęte niezwykle ciepło a jedzenie było proste, domowe i naprawdę pyszne. Żona właściciela z dumą opowiadała o sanktuarium i Padmie, która okazała się jej ulubienicą, a my miałyśmy poczucie, że kończymy ten dzień w naprawdę wyjątkowy sposób. Po kolacji pożegnałyśmy się i ruszyłyśmy w stronę Delhi, bo następnego dnia z samego rana czekał nas lot powrotny.

Po drodze miałyśmy okazję podziwiać przeróżne środki transportu i pobijać wraz z naszym kierowcą rekordy w liczeniu, ile osób jest w stanie zmieścić się na jednym motorze. Rekord wyniósł sześć osób – cała rodzina podróżująca jednym skuterem (musicie mi uwierzyć na słowo). Zdarzało się też zobaczyć kogoś transportującego na motorze kanapę albo inne sprzęty AGD. Równie imponująco wyglądały riksze, w których liczba pasażerów często przekraczała nasze najśmielsze oczekiwania.
Nasz kierowca przedstawił nam również lokalne małpki. W pewnym momencie zatrzymałyśmy się przy drodze, gdzie na małym straganie pewien pan sprzedawał banany. Małpki od razu pojawiły się wokół nas, wyczuwając darmową wyżerkę szybciej niż my zdążyłyśmy kupić pierwszego banana. Początkowo wyglądały całkiem niewinnie i zdecydowanie sympatyczniej niż ich pokrewne bananowe gangsterki z wyspy Elephanta, więc hojnie rozdawałyśmy im kolejne owoce, zachwycone tym uroczym spotkaniem.
Sytuacja szybko wymknęła się jednak spod kontroli. Gdy sprzedawca odwrócił się dosłownie na chwilę, cały małpi gang przeszedł do akcji. Jedna małpka obserwowała teren, a reszta plądrowała stragan z prędkością godną zawodowych złodziei, pakując banany pod pachę i uciekając z nimi ile sił w nogach. Wszystko wyglądało tak profesjonalnie, jakby był to wcześniej dokładnie opracowany plan napadu. Choć sprzedawca z pewnością był stratny kilka rupii, cała scena była tak absurdalnie zabawna, że trudno było powstrzymać śmiech.


Praktycznie do końca naszej wyprawy zastanawiałyśmy się, czy brać nocleg w Delhi. Ostatecznie, biorąc pod uwagę kurczący się budżet wyprawowy oraz fakt, że Delhi wciąż wydawało nam się mało przyjaznym miejscem, postanowiłyśmy spędzić ostatnią noc na lotnisku. W samym Delhi jedynie wypłaciłyśmy pieniądze (co ciekawe, wszystkie kantory, które odwiedziłyśmy w Indiach, były pilnowane przez ochroniarza) i od razu ruszyłyśmy na lotnisko. Po rozliczeniu się z kierowcą przyszła pora na pożegnanie. Przez te kilka dni zdążyłyśmy się z nim naprawdę zakumplować. Poznałyśmy nawet całą jego rodzinę przez kamerkę, która okazała się równie pogodna i serdeczna jak on sam. Do dziś czasami wspominam tego wesołego człowieka. Z całego serca życzę mu wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że życie traktuje go dobrze. Niestety pewnie już nigdy się tego nie dowiem.
Dzień piąty: Noc na terminalu i ciąg dalszy lotniskowych tarapatów
Postanawiając przeczekać noc na lotnisku, znalazłyśmy całkiem dogodną miejscówkę na naszą tymczasową bazę. Noc minęła zaskakująco szybko: na rozmowach, wymianie podróżniczych doświadczeń, selekcji zdjęć oraz rozpaczliwych próbach zaśnięcia, które mimo ogromnego zmęczenia okazały się kompletnie nieskuteczne. Około piątej rano postanowiłyśmy podjąć kolejną próbę przejścia odprawy, z bojowym nastawieniem i mocnym postanowieniem, że tym razem wyrównamy nasze porachunki z indyjskim lotniskiem i nic już nas nie zaskoczy.
Nasza pewność siebie została brutalnie zweryfikowana już przy pierwszej bramce, podczas skanowania kart pokładowych. Okazało się bowiem, że musimy mieć bilety wydrukowane, a nie elektroniczne na telefonie. Na informację, że możemy je wydrukować w „punkcie obsługi klienta”, niemal zamarzła nam krew w żyłach – sama nazwa przywołała traumatyczne wspomnienia z lotniska w Mumbaju. Mimo wewnętrznego cierpienia pokornie udałyśmy się we wskazane miejsce i z ulgą zauważyłyśmy, że nie ma tam gigantycznej kolejki. Nasza radość trwała jednak krótko, bo pani z obsługi oznajmiła, że ona nie może wydrukować nam kart i odesłała nas do stanowiska nadania bagażu, gdzie rzekomo miałyśmy otrzymać przepustkę do dalszej odprawy.
Tam czekała już na nas klasyczna lotniskowa tragedia , gigantyczna kolejka pasażerów chcących nadać walizki. Ponieważ miałyśmy wykupiony jedynie bagaż podręczny 10 kg, który zabierałyśmy ze sobą na pokład (i dokładnie w ten sam sposób przyleciałyśmy z Polski bez najmniejszych problemów dokładnie tą samą linią lotniczą), stanie w tej kolejce wydawało się kompletnie bez sensu. Zauważyłyśmy jednak, że przy stanowisku dla klasy biznes nie ma absolutnie nikogo, więc zapytałyśmy nieśmiało, czy możemy tylko wydrukować karty pokładowe. Pani z obsługi zgodziła się bez problemu, a nam pod nosami pojawiły się chytre uśmieszki, że tym razem to my przechytrzyłyśmy system. Równie szybko te uśmiechy zeszły nam z twarzy kiedy pani poprosiła nas o położenie naszych bagaży na wagę (pamiętacie mój plan przemycenia 5kg indyjskich przypraw w bagażu podręcznym?) Chyba nie muszę tutaj wspominać, że każda z nas miała parokilogramowy nadbagaż. Okazało się, że przekroczyłyśmy limit o około 3 kg, co oznaczało sporą dopłatę i konieczność nadania walizek jako bagażu rejestrowanego. Załamana powoli wyciągałam kartę kredytową, godząc się z faktem, że jednak nie wrócę z tej podróży „na zero”.
I wtedy wydarzył się cud. Ganesza najwyraźniej uznał, że wystarczająco już wycierpiałyśmy, bo pani nagle oznajmiła, że zaszła pomyłka i jednak możemy zabrać nasze walizki na pokład bez żadnej dopłaty. Nie dowierzając własnemu szczęściu, chwyciłyśmy wydrukowane karty i nasze przeładowane bagaże, po czym rozpoczęłyśmy taktyczny odwrót, zanim ktokolwiek zdąży zmienić zdanie.
Oczywiście po kilku sekundach usłyszałyśmy za sobą wołanie. W tamtym momencie byłam już przekonana, że indyjskie lotniska po prostu nas nienawidzą. Pełne rezygnacji wróciłyśmy do stanowiska, gdzie pani spojrzała na nas i zapytała całkowicie poważnie, czy lecimy klasą biznes. Spojrzałyśmy na siebie w absolutnym osłupieniu. Po porannym przytulaniu słonia, uczestniczeniu w zorganizowanej akcji rabunkowej ulicznych małp, 300-kilometrowym rajdzie przez indyjskie drogi, nieprzespanej nocy na lotniskowych kafelkach oraz porannej toalecie ograniczającej się do chusteczek nawilżających zdecydowanie nie wyglądałyśmy jak pasażerki klasy biznes, a raczej jak ofiary wyprawy survivalowej. Gdy przyznałyśmy się do przynależności do niższej warstwy społecznej zwanej klasą ekonomiczną, pani tylko wybuchnęła śmiechem, pokręciła głową i machnęła ręką, pozwalając nam odejść. Okazało się, że nasz nadbagaż został puszczony płazem wyłącznie dlatego, że przez chwilę wzięła nas za biznesowych VIP-ów, których nie wypada kasować za dodatkowe kilogramy. Widząc jednak nasze zmęczone i całkowicie poddane miny, najwyraźniej postanowiła się nad nami zlitować. W zdecydowanie mniej bojowym nastroju ruszyłyśmy dalej do odprawy, naiwnie wierząc, że limit lotniskowych przygód został już wyczerpany. Cóż… było to marzenie ściętej głowy.
Przy skanowaniu naszych walizek mój Kanken po raz kolejny nie spodobał się obsłudze i natychmiast został skierowany do dodatkowej kontroli. Widząc, jak kontrolerzy zaczynają wypakowywać z niego wszystkie rzeczy, nawet specjalnie mnie to już nie zdziwiło. Po prostu stanęłam obok, cierpliwie czekając na ogłoszenie wyroku i zastanawiając się, która z moich przypraw okaże się zagrożeniem dla światowego lotnictwa. Każda paczuszka była oglądana z każdej strony z dokładnością godną laboratorium kryminalistycznego, niemal jakbym próbowała przemycić narkotyki ukryte pomiędzy cząsteczkami cynamonu i kurkumy. Ostatecznie winowajcą całego zamieszania okazała się… paczuszka ostrej papryki. Gdy kontroler ją namierzył, uniósł ją dumnie przed sobą i spojrzał na mnie z miną człowieka, który właśnie rozbił międzynarodową siatkę przemytniczą. Jedna brew powędrowała teatralnie do góry, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że indyjskiego systemu jednak nie uda mi się przechytrzyć (nie żebym próbowała to zrobić). Po chwili wygłosił mi jeszcze krótkie pouczenie, że ostra papryka zawiera kapsaicynę, która jest substancją niebezpieczną i może doprowadzić do różnych tragicznych skutków, a być może nawet katastrof lotniczych (gaz pieprzowy w Indiach najwyraźniej nie ma aż takiego potencjału destrukcyjnego jak ostra papryka w proszku). Pogodzona z losem pożegnałam się więc mentalnie z moją papryką, a kontroler – ewidentnie dumny z faktu, że właśnie ocalił pasażerów przed potencjalną samozagładą – oddał mi plecak. Tym sposobem zakończyłyśmy naszą indyjską odprawę, bogatsze o nowe doświadczenia i uboższe o własną godność oraz jedną paczkę przypraw.

Jeżeli chodzi o sam lot, to niewiele z niego pamiętam. Praktycznie całą drogę spałam, budząc się jedynie w momentach, kiedy stewardessy robiły serwis. Emocje całego tygodnia, zmęczenie i niewyspanie w końcu wzięły górę. W Warszawie czekał już na nas mój mąż. Klątwa słonia (jak Dori określała swoje zatrucie pokarmowe i lotniskowe przygody w Indiach) chyba nadal trwała, bo nasze Volvo przywitało nas na parkingu przebitą oponą. Na szczęście mój mąż okazał się sprawnym mechanikiem i problem szybko został opanowany. Podróż z Warszawy również w większości przespałam, czując się trochę jak po kilku piwach, jet lag zdecydowanie dawał się we znaki. Co ciekawe, przez kolejny tydzień mój żołądek kompletnie buntował się przeciwko powrotowi do polskiego jedzenia, mimo że w Indiach działał bez najmniejszego zarzutu. Chyba po prostu uznał, że indyjska kuchnia bardziej mu odpowiada.
W tym miejscu kończę wspomnienie mojej indyjskiej wyprawy. Ciężko podsumować ją w kilku słowach, bo była czymś znacznie więcej niż zwykłą podróżą. Zdecydowanie była to jedna z największych przygód mojego życia, a jednocześnie doświadczenie, które dało mi sporą lekcję pokory i na długo zmieniło sposób, w jaki patrzę na świat.
Jestem niezwykle wdzięczna, że miałam przywilej uczestniczyć w tak wyjątkowym wydarzeniu jak hinduskie wesele, poznać tylu wspaniałych ludzi, zobaczyć tak wiele pięknych miejsc i choć odrobinę zanurzyć się w indyjskiej kulturze. Indie to zdecydowanie kraj kontrastów, z jednej strony orientalny, magiczny i pełen kolorów, zapachów oraz miejsc wyglądających momentami jak wyjęte z baśni, a z drugiej chaotyczny, przytłaczający i pełen społecznych sprzeczności, które potrafią mocno uderzyć w człowieka. To właśnie ten nieustanny dysonans sprawia jednak, że Indie zostają w głowie na długo.
Uważam, że zdecydowanie warto spróbować poznać ten niezwykle różnorodny kraj, ale trzeba jechać tam z otwartą głową i gotowością na to, że rzeczywistość nie zawsze będzie wyglądała tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Indie potrafią jednego dnia całkowicie człowieka zachwycić, a następnego kompletnie go przytłoczyć i chyba właśnie w tym tkwi ich niezwykłość.
W mojej głowie jeszcze długo będą wracać obrazy zatłoczonych ulic Mumbaju, dźwięki klaksonów pędzących riksz, zapach przypraw, różowe ściany Jaipuru, lotniskowe sprinty i spokojne spojrzenie Padmy. Czy będzie mi kiedyś dane tam wrócić? Biorąc pod uwagę fakt, że mam teraz własną hinduską rodzinę, jest to bardzo prawdopodobne. 🙂
A że po takich wyprawach wyjątkowo trudno wrócić do codzienności, a apetyt na poznawanie świata rośnie jeszcze bardziej, moja głowa już teraz jest pełna kolejnych pomysłów. Tak więc pozostaje mi tylko napisać jedno: ciąg dalszy podróżniczych ekspedycji z pewnością nastąpi!
- W Indiach dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej i systemu zabezpieczeń społecznych jest bardzo nierówny. Choć formalnie istnieją publiczne szkoły i państwowa służba zdrowia, w praktyce ich jakość oraz dostępność są często bardzo ograniczone, szczególnie na terenach wiejskich. Osoby żyjące w ubóstwie nierzadko nie mają realnego dostępu do leczenia, ubezpieczeń czy dobrej edukacji, ponieważ wszystko wiąże się z dodatkowymi kosztami, na które po prostu ich nie stać. Wielu ludzi pracujących w sektorze nieformalnym nie posiada żadnego zabezpieczenia socjalnego, płatnych urlopów ani emerytur ↩︎

Dodaj komentarz